Jestem jaki jestem. Nie chcę już takim być.
#1
Pragnę troszkę szerzej o sobie napisać. O tym co czuję, jaki jestem, dlaczego tu trafiłem, co chcę zmienić w swoim życiu. Myślę, że napisać o mnie nieśmiały, to nic nie napisać. Mój problem jest z pewnością bardzo złożony i coraz trudniejszy do rozwiązania. Często mam wrażenie, że już niemożliwy. Ale od początku.
Odkąd pamiętam, zawsze byłem lekko wycofany, nie grzeszyłem cechami ekstrawertyka. Jako dziecko jednak, na pewno nie miałem z tym żadnych problemów. Oczywiście, nie należałem do najśmielszych, ale byłem dość otwartym dzieckiem. Dawałem się lubić, nawet jak na swój wiek, byłem inteligentnym chłopcem, a przynajmniej tak zawsze o mnie mówiono.To był okres beztroski, zabaw, nawet pierwszych fascynacji płcią przeciwną. Zupełnie nic nie wskazywało że coś się może zmienić. Piszę tu o latach 3-13. W nowej szkole (gimnazjum) nie było mi się łatwo odnaleźć. Trafiłem do klasy z najlepszym kumplem z podstawówki, to ułatwiło aklimatyzację. Wydaje mi się że to tu zaczęły się pierwsze problemy z nieśmiałością, nie bardzo jednak rozumiem dlaczego. Skąd to się wzięło? Zaczynały buzować hormony, zachowanie kolegów, koleżanek zmieniało się, ja miałem wrażenie że się nie zmieniłem. W gimnazjum jednak mieliśmy paczkę znajomych z którą dobrze się czułem i z którą zaczęły się pierwsze imprezy - coś czego wcześniej nie doświadczałem. Introwertyk bawi się wśród ludzi dość krótko, potem zaczyna go to męczyć. Miałem podobnie. Na imprezach jednak zasmakowałem alkoholu. To znacznie wydłużało czas mojego komfortowego przebywania wśród innych. Dodawało też odwagi choć tu w mniejszym stopniu. Moja małomówność stawała się mniej zauważalna. Jednakże, alkohol nie jest lekiem na nieśmiałość, co najwyżej chwilową odtrutką. Nigdy z tym nie przesadziłem.
Wtedy też rozpoczął się pewien etep w moim życiu, który mógłbym zatytuować "Życie uczuciowe, a w zasadzie jego brak". Dlaczego? Oczywiście - przez lęk, nieśmiałość. To był czas gdy po raz pierwszy zaznałem uczucia, jakim jest zauroczenie. Wyglądało to zwykle tak(opiszę jeden przykład, ten pierwszy który pamiętam): Widywałem jedną dziewczynę na przerwach, była z innej klasy. Bardzo mi się podobała, mój wzrok utkwiony był tylko w niej. Gdy gadaliśmy z kumplami między lekcjami, a ja widziałem że ona siada pod ścianą, wyciąga książkę i zaczyna czytać, to wycofywałem się z rozmowy. Nigdy jednak nawet nie poznałem jej imienia. Bałem się podejść, zagadać. Nie bardzo wiedziałem jak to zrobić. W dużym stopniu też na pewno działał na mnie strach przed tym że jak opuszczę grupę i podejdę do niej to koledzy będą się śmiać, zrobią mi obciachu. Na przerwach rzadko byłem sam, więc "nie mogłem" podejść do niej. I tak było prawie za każdym razem. Miałem i mam problem z poznawaniem nowych osób. Nigdy nie mam o czym rozmawiać z nowo poznaną osobą. Nawet jeśli kogoś znam to nie potrafię pociągnąć żadnego tematu. Ograniczam się do zdawkowych odpowiedzi. Nie potrafię skupić się na meritum. Kontroluję się na każdym kroku. Tak naprawdę nie wiem nad czym próbuję zapanować. Nad wyglądem, nad kontaktem wzrokowym, nad tym czy nie robię czegoś nie tak? To są te myśli automatyczne? Swego czasu chodziłem do psychologa, ale na kasę chorych nie można się spodziewać cudów. Byłem na kilkunastu-kilkudziesięciu spotkaniach. Jednak czytanie książki o metodach walki z nieśmiałością ciężko nazwać leczeniem. Poza tym psycholog przyjmował w godzinach mojej pracy - często musiałem się zwalniać. To wszystko sprawiało, że nie mogłem kontynuować wizyt. Na początku rozmawialiśmy o moim zachowaniu, o tym co chciałbym w sobie zmienić i o przeszłości - czy może pamiętam wydarzenie które mogło się przyczynić do tego że jestem jaki jestem. Był też poruszany temat samooceny. Wydaje mi się że moja samoocena wcale nie jest niska. Znam swoje zalety i wady. Wad wymienię więcej bo do doskonałości wiele mi brakuje.Zalety jednak są spore i niepodważalne Myślałem też o tym że być może mam baaardzo niską samoocenę, ale ukrytą głębiej i za każdym razem muszę sobie podświadomie udowadniać że tak nie jest. Jestem troszkę narcyzem i lubię komplementy (kto ich nie lubi?). Pytanie brzmi tylko, czy wynika to z akceptacji siebie czy przeciwnie.
Nie cierpię żadnych publicznych wystąpień. Dostaję mdłości na samą myśl o tym że ma mnie ktoś oceniać. Robię się blady, składnia wypowiedzi spada na łeb, zaczyna drżeć mi górna warga a w żołądku odczuwam rewolucje większe niż te, które wprowadza Magda Gessler w swoim programie. Tak było podczas matury ustnej, wszelkich szkolnych wystąpień, testu na prawo jazdy(z tym wiąże się inna historia do której wrócę), czy rozmowy o pracę. Jakoś zawsze udawało mi się wybrnąć, nie przerwać tego, mimo ogromnego stresu, ale zawsze po tym czuję się bardzo wyczerpany psychicznie. Matura stosunkowo dobrze poszła jak na przygotowania tylko dzień przed. Rozmowa o pracę również, choć z moimi kwalifikacjami na stanowisko pracownika fizycznego, nie mogło być inaczej. Co ciekawe, nie stanowi dla mnie problemu rozmowa z przełożonym. Jest pewien stres, ale nie dotyczy on chyba tego że zostanę jakoś negatywnie oceniony, ale z tego, że powiem coś niestosownego, pomylę się lub zostanę zapytany o coś czego nie będę wiedział a powinienem.
Myślę, że duży wpływ na to, jak potoczyło się moje życie, ma moja relacja z matką. Wychowuję się bez ojca, dla mamy jestem oczkiem w głowie, jedynym cennym skarbem jaki ma. Dlatego też, kocha mnie nad wyraz mocno. Bardzo często się o mnie martwi. Do tego jest coś jeszcze. Od dzieciństwa sporo chorowałem. Większość problemów pozanikała, ale została epilepsja. Gdy biorę leki to nic się nie dzieje, nie wyróżniam się z tłumu. Napadu nie miałem już od ponad 4 lat, przy czym ten ostatni, pojawił się podczas próby odstawienia leków. Przez to nie mam prawa jazdy. Próbowałem, dostałem zgodę na rok, potem jednak żaden lekarz nie chciał mi wydać stosownego zaświadczenia. W ciągu tamtego roku nie zdążyłem zdać egzaminu i... pyk - nie ma prawka. To bardziej mnie dołuje. Nie wyobrażam sobie zaprosić jakiejś dziewczyny do kina i tłuc się 40km autobusami do najbliższego. Generalnie - na pierwszy rzut oka, jestem zdrowy. Jednakże mama bardzo bała się tego że coś może wydarzyć się, gdy będę poza domem. Z tego względu bardzo niechętnie pozwalała mi na jakiekolwiek wyjścia z domu. Nie mogę jej za to winić, ale... Moje życie to był taki trójkąt bermudzki: Szkoła-dom-sen, szkoła-dom-sen...Teraz zmienił się na praca-dom-sen. Gdy udało mi się wyrwać z domu, to jeśli choć odrobinę się spóźniłem... Kary nie było, ale odechciewało mi się czegokolwiek następnym razem. Płacz, długie tłumaczenia i nieodzywanie się do siebie. To były czasy bez telefonów komórkowych w kieszeni każdego, siedmioletniego brzdąca. Trochę później, gdy wyjścia z domu były nieuniknione a ja już miałem swój telefon, również nie było dobrze. Wydzwanianie co pół godziny nie należało do przyjemnych doświadczeń. A co się działo jeśli telefon mi się rozładował, lub go wyciszyłem... Niestety, nawet mimo tak dużej nadopiekuńczości nie miałem z mamą zbyt dobrych relacji. Tzn nie były one jakieś niepoprawne, dobrym sformułowaniem będzie to, że były one: zdystansowane. Nie zaznałem zbyt wiele czułości, przytulania. Choć może mama chciała, ale ja nie? Nie wiem. Nie nauczyłem się jednak tego. Nie potrafiłem się też jej nigdy zwierzyć ze swoich problemów. Jestem tym typem, który dusi wszystko w sobie. Ludzie mówią, że jestem bardzo tajemniczy, trudno im rozszyfrować co w danej chwili. W większości też nie denerwuje się, jedynie jak coś bardzo mnie rozzłości to wybucham, by po kilkunastu sekundach zupełnie się uspokoić. Nie wybucham jednak na tyle by być dla kogoś niebezpiecznym (co najwyżej dla siebie, gdy uderzę się głową o szafkę to mebel zawsze obrywa od mojej pięści - choć może to bardziej pięść obrywa od szafki. Ważne że zapominam o głowie) Nie używam wulgaryzmów - brzydzę się nimi. Podobnie jest z wszelkimi używkami, alkohol jedynie dla towarzystwa, maksymalnie jedno piwo. Uwielbiam za to dbać o język, o kulturę. Może dlatego tak muszę się kontrolować na każdym kroku, dorastałem w środowisku mocno obfitym w bluźnierstwa, papierosy i w trochę mniejszym (na szczęście) alkohol. Mama wyraża się w sposób niezwykle nieestetyczny.
Nadal z nią mieszkam, choć coraz częściej myślę o wyprowadzce. To byłoby jednak trudne do realizacji z pracą jaką mam. Samemu byłoby ciężko. Jednak chyba największy wpływ na to że nie podjąłem jeszcze tej decyzji, ma ta cała relacja z matką. Wiem, że gdybym odszedł, to długo sama by nie wytrzymała. Zbyt toksyczne to jest. Poza tym nie mam do kogo odejść. Gdybym zamieszkał z dziewczyną to na pewno mama nie martwiłaby się tak bardzo. Boję się też tego, że nawet, jeśli zamieszkałbym sam, to mógłbym tego długo nie wytrzymać - samotność mogłaby wpędzić mnie w depresję. Tak naprawdę to dziwię się, że jeszcze jej się nie nabawiłem. Może to dzięki lekom na padaczkę. Miałem myśli samobójcze, jednak tylko takie, że próbowałem to sobie wyobrazić. Za każdym razem odczuwałem wstręt i zdawałem sobie sprawę z tego, że jestem zbyt tchórzliwy by być w stanie to zrobić. Na szczęście.
Dlaczego w ogóle to wszystko piszę? Skoro zrobiłem ten pierwszy krok i zarejestrowałem się na tym forum to chcę lepiej opisać z kim macie do czynienia Przede wszystkim jednak chodzi o to, że nie radzę sobie już ze sobą. Nie bardzo wiem co poczynić z moim życiem. Znam kierunek, ale nie wiem która droga będzie dla mnie najlepsza. Próbuję pracować nad sobą, nie wiem jednak czy robię to poprawnie. To co zacząłem robić w tym roku, tempo jakie sobie narzuciłem sprawia, że przytłacza mnie to tak bardzo, że nie mam pewności czy podołam i mam nawet chęć przerwać to. Błagam o pomoc, wsparcie. Pragnę poznać kogoś z kim mógłbym porozmawiać o swoich problemach. Kogoś na kim będę mógł ćwiczyć moje zachowanie przy kontaktach międzyludzkich. Kogoś z kim mógłbym dzielić wspólne zainteresowania. Kogoś kto będzie dla mnie powodem do kontynuowania walki z sobą. Ci wszyscy "ktosie" nie muszą być jedną osobą Chcę po prostu mieć powód by wyjść z domu.
Pominąłem mnóstwo ważnych i mniej istotnych elementów, które mogłyby się znaleźć w tym eseju. Zrobiłem to celowo lub nie. Są rzeczy o których wolę nie pisać. Nie tu. Przepraszam za długość (wiem, nie chce się czytać tak długich postów), pewnie jest trochę chaotycznie, może niezrozumiale. Dlatego pytajcie. Odpowiem na wszelkie pytania. Chętnie też popiszę.
Odpowiedz
#2
Fajnie że to wszystko opisałeś :Uśmiech dałam radę przeczytać, więc aż taki długi ten post nie jest :Duży uśmiech
mam podobną sytuację jak ty w związku z mamą. też się ze swoją nie dogaduję, od dłuższego czasu mało się do niej odzywam, w przeszłości bardzo dużo przez nią cierpiałam... wiem że jest ona toksyczna i wiem że jest jedną z przyczyn mojej nieśmiałości, a właściwie jej gadanie o tym jaka to ja nie jestem a jaka powinnam być. plus traktowanie mnie jak dziecka mimo że już jestem pełnoletnia. też myśle już od dawna o przeprowadzce, z tym że u mnie jest to już plan- po maturze wyprowadzam się i nigdy nie wracam. jest to forma ucieczka, może, ale jest to konieczne. i nie, nie winię jej za wszystko, za nic jej nie winię, a jeśli tak to nieświadomie. nawet jeśli była przyczyną tego wszystkiego to nie ma to znaczenia, bo robi to wszystko z miłości. nie zdaje sobie sprawy, że robi źle ale robi wszystko z miłości. jedynym człowiekiem który może mnie zmienić jestem ja sama. i muszę nauczyć sie kochać moją mamę pomimo jej wszystkich wad i tym podobnych. ale to nie znaczy że nie moge sie od niej uwolnić. może gdy nabiore dystansu, poukładam sobie sprawy to jakoś to wszystko się ułoży... 
publiczne wystąpienia- dokładnie tak samo, nie ogarniam tego tematu i nie wiem czy kiedykolwiek będę miała odwagę mówić coś otwarcie przy ludziach. 
moja nieśmiałość rozpoczęła się podobnie jak u ciebie - w gimnazjum, po drugiej klasie zaczęłam się wycofywać, zamykać. też nie wiem do końca dlaczego.. zaczęłam czuć się gorsza od innych po prostu. chociaż pamiętam przebłyski nieśmiałości również z dzieciństwa, gdy mama wysłała mnie po chleb do sklepu a ja chodziłam przed nim pół godziny bo sie bałam tam wejść XD
podziwiam za odwagę w rozmowach z psychologiem. dla mnie jest to zbyt straszne żeby rozmawiać z kimś obcym o sobie samej, poza tym zawsze sobie myślę że nie wiedziałabym co mówić i o jakich problemach, skoro myśle że mam ich w sobie tysiąc pięćset Język 

Pamiętaj że zawsze są tacy jak ty- my tutaj- i zawsze jesteśmy gotowi do udzielenia wsparcia i pomocy, bo zmagamy się z tym samym :Uśmiech
Odpowiedz
#3
Dzięki za ciepłe słowa - tego nigdy dość  Oczko Ślę też takie w Twoją stronę - z mamą na pewno pogodzisz się. Nie dziś, nie jutro, ale w końcu na pewno. Za jakiś czas któraś z Was zrobi krok w dobrą stronę. Gdy zobaczy, że Twoje życie układa się mimo tego, że nie podążałaś według jej wskazówek - zmieni zdanie(chyba, mam nadzieję - nie znam się na ludziach  Szczęśliwy ) Otworzyłaś mi oczy też na ten fakt, że sam jak byłem mały, też przecież doświadczałem tego "upokorzania" bo nie jestem taki jak syn sąsiadki. Bo on to sam sprząta, robi obiad, jest grzeczny i w ogóle. Każdy chyba to przeżywa i dla większości raczej nie jest to mobilizujące (a może się mylę?) 
Teraz dopiero troszkę zacząłem się otwierać przed mamą. Miałem teraz trudny czas w związku z nowo poznaną dziewczyną w której od razu się zakochałem - ona niestety nie (nadal jeszcze cierpię ale jest lepiej) i zalew pytań nie mógł pozostać bez odpowiedzi. Zwierzanie się pomaga, teraz to wiem. O wiele łatwiej jednak, wylać swe żale obcej osobie, niestety. 
Z tego co zdążyłem się zorientować to chyba u większości z nas tak to się zaczynało. Dojrzewanie było tym trudnym momentem w którym większość daje radę a niektórzy nie mogą się przełamać, potem jest tylko spirala w dół jeśli nic z tym nie robimy. Dopiero w tym roku postanowiłem zmienić się, ale tak zupełnie. Zmienić swój styl, po części pracę (ci sami ludzie, lecz inne stanowisko), zrobić prawo jazdy, zacząłem ćwiczyć. 
Jeśli chodzi o nieśmiałość jak byłem mały to, gdy wprowadziłem się do nowej kamienicy i mama nie przedstawiła mi nowych sąsiadów to nie mówiłem im dzień dobry. Później było ciężko się przełamać i pewnie wychodziłem na jakiegoś niewychowanego gbura  Szczęśliwy Sklepów też się bałem ale jakoś przebiegało bez problemów chyba że... ekspedientka zapytała o coś czego nie wiem  Uśmiech I burak na twarzy. 
Z psychologiem nie było wcale trudno. Do takiej osoby czuję pewne zaufanie, wiem że patrzy na mnie pod innym kątem. Rozmowa sama się ciągnęła. Gorzej miałem z tamtym postem. Nie wiedziałem co powinienem napisać to... wyszedł taki moloch trudny do ogarnięcia  Szczerbol
Odpowiedz
#4
Siema stary. 
Miałeś kiedykolwiek dziewczynę oprócz tej laski w gimnazjum? 

Tutaj możesz powiedzieć, jesteś anonimowy i nikt nie zna twojej tożsamości Uśmiech
Odpowiedz
#5
A Ty Adamie ile „miałeś” dziewczyn?
Śmiało Oczko
Tu jesteś anonimowy Oczko
Możesz mam naopowiadać bajek ile chcesz...
Odpowiedz
#6
Adam to Mielecki Chad, on pól swojego miasta zaliczył xD
Odpowiedz
#7
jestem ciekawa jak się potoczyły dalej Twoje losy, poznałeś kogoś?
Odpowiedz


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Jestem martwy angie 16 374 10 godzin(y) temu
Ostatni post: angie
Gwiazdka Jestem samotna i brzydka Nadżma 48 8,270 29-11-2020, 01:22 AM
Ostatni post: vlad1431
Pytanie Jestem tutaj nowa, mam zły czas. Mówią mi że to borderline Pat 17 3,619 08-05-2020, 10:46 AM
Ostatni post: vlad1431
  Jestem załamana, nie mam powodzenia wsrod facetow... Kamila413 13 3,559 15-11-2016, 19:24 PM
Ostatni post: Marcy
Język Jestem zaburzony... I dobrze... Scrooge 6 1,539 29-04-2016, 21:21 PM
Ostatni post: Scrooge

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości