Kryzys w życiu
#1
Hej. Muszę się wygadać.. 
Mam 23 lata, i odkąd wyprowadziłam się z domu rodzinnego wszystko zaczęło się walić. Po liceum poszłam na studia. Pierwszy rok był super i nawet mi się podobało, ale na drugim roku niestety zrezygnowałam. Powód jest błachy i wstydzę się o tym opowiadać, ale powiem. Rozwinęła się u mnie jakaś "fobia" przed czytaniem na głos. Dostawałam ataku paniki jak tylko słyszałam że będziemy czytać jakiś tekst na głos. Dosłownie wychodzilam z siebie i prawie mdlałam. Ten stres był taki ogromny, że wolałam się zabić niż zostać tam i to wszystko przeżywać. Przed każdymi zajęciami czułam straszny niepokój i to było okropne uczucie. Ogólnie to szukałam jeszcze pomocy u osoby która zajmowała się hipnozą, ale wtedy nie miałam kasy ani czasu na dalsze wizyty. (Byłam tylko na jednej). Próbowałam czytać przed znajomymi, ale to nic nie dało. Zrezygnowałam z tych studiów, ale nikomu nie powiedzialam jaki jest prawdziwy powód tej rezygnacji. Po tej sytuacji jeszcze przez 3 miesiące siedziałam w tym mieście w którym studiowałam i szukałam pracy. Nic nie znalazłam, więc postanowiłam że jadę do koleżanki za granicę do pracy. Znalazła mi pracę (bo ona zna dobrze tamten język) ale po dwóch tygodniach mnie wylali, bo się nie nadawałam. To była taka praca że trzeba było wszystko robić dokładnie np. przycinać nożykiem jakąś część samochodową, albo naklejać naklejkę też z dokładnością. Ja mam dwie lewe ręce do takich rzeczy i poprostu mnie wywalili. Oprócz tego stresowalam się tą pracą bo to była produkcja, i trzeba było robić kilka rzeczy na raz a mój mózg w stresie nie pracuje tak jak powinien. Po tym jak mnie wylali wróciłam do Polski, pojechałam do większego miasta bo moja koleżanka miała dla mnie pokój. Od razu znalazłam pracę i trochę odżylam. Pracowałam tam 1,5 roku i z pewnych przyczyn nie mogłam już tam dalej pracować. Strasznie się przywiązałam do tej pracy, ludzi itd i ciężko mi było stamtąd odejść. Przez kilka miesięcy szukałam następnej pracy ale nie mogłam nic znaleźć. Tak na prawdę miałam szansę żeby iść do kilku prac ale zawsze rezygnowałam myśląc że znajdzie się coś innego Byly to głównie oferty pracy na magazynie.  Właściwie nie mogłam pogodzić się z tym że będę znowu pracować na magazynie, chciałam mieć jakąś ambitniejszą pracę ale bez żadnego wykształcenia i w dodatku z taką dużą nieśmiałością, a właściwie fobia społeczną to było niemożliwe. Nie miałam już żadnych pieniędzy więc postanowiłam że wracam do domu rodzinnego chociaż bardzo tego nie chciałam. (Chciałam też uciec od chłopaka z którym wtedy mieszkałam bo był toksyczny). Siedzę tutaj już od 3? miesięcy i już mam serdecznie tego dość. Codziennie w domu mam awanturę że jestem zerem bo nie chodzę do pracy, bo nie mam studiów, bo mi się nic nie chce. Muszę wysłuchiwać tego że zmarnowałam swoją szansę na dobrą przyszłość, bo rzuciłam takie dobre studia.

(Moje miasto rodzinne to małe miasteczko w którym jest bardzo mało pracy).  Mam już tego dosyć, chciałabym się wyprowadzić. Kasę pożyczę od rodziców, ale nie wiem dokąd mam iść, co mam zrobić ze swoim życiem.   Odkąd rzuciłam studia codziennie sobie o tym przypominam i płacze. Nie umiem się z tym pogodzić, czuje się jak gówno. Nie umiem ruszyć dalej. Te wszystkie złe doświadczenia mnie zniszczyły. Chce mieć jakieś wykształcenie, nawet chce iść na studia ale nie chce żeby się skończyło tak samo jak wtedy. Wszyscy dookoła myślą że jestem leniem i że mi się nie chciało studiować. Brałam 3 rodzaje leków od psychiatry ale nie pomogły. Po terapii poznawczo behawioralnej która trwała pół roku jest jeszcze gorzej. Nie widzę nadzieji dla siebie. Myślicie że gdybym poszła na studia zaoczne byłoby mi łatwiej? Wtedy byłyby zajęcia co dwa tygodnie i stresu byłoby mniej. (Może jakieś leki doraźne na stres pomogą) Na studia dzienne już nie wyobrażam sobie wracać mając tyle lat. Na pierwszym roku tyle osób które są młodsze ode mnie, nie wyobrażam sobie przeżywać tego wszystkiego od nowa. Poza tym jeśli nie wyprawadze nie wiem czy znajdę jakąś pracę. Dobrze wiecie że dla osoby która ma fobię społeczną jest to koszmar. Chciałabym mieć jakąś dobrą pracę ale jednocześnie się boje. Kiedyś pracowałam w butiku i totalnie nie nadawałam się do tej pracy. Trzęsły mi się ręce jak ktoś coś kupował, byłam strasznie niekompetentna. Nie wiem co mam robić ze swoim życiem, jedyne co mnie interesuje to język angielski. Nie mam żadnego talentu, żadnych zainteresowań..  Zdezorientowany

Dziękuję jeśli przetrwaliscie do końca.. Jeśli macie jakieś rady, albo jeśli wypowiecie się jak ta sytuacja wygląda z waszej perspektywy to będę bardzo wdzięczna.
Fajnie że mogłam się wygadać.. pewnie wyszłam na debilkę co się użala nad sobą w internecie ale co mi tam.
Odpowiedz
#2
Cześć Uśmiech Terapia CBT o której napisałaś powinna zacznie pomóc w radzeniu sobie z lękami które masz. Ale najważniejsza jest współpraca z terapeutą i późniejsza praca po terapii z samą sobą według jego wskazówek. To jest terapia celowana na konkretne problemy (w twoim przypadku fobię społeczną), ale masz też inne których nie rozwiąże. Najlepiej gdybyś zdecydowała się na terapię psychodynamiczną. Jest dużo dłuższa niż CBT raczej na kilka lat i wydaje się że efektów nie daje, ale jednak dopiero z perspektywy czasu widać różnicę.

Jeżeli chodzi o studia to według mnie lepiej zdecydować się na zaoczne. W międzyczasie możesz pracować, zdobywać doświadczenie. Studia zaoczne są też na ogół mniej wymagające. W przypadku dziennych z pracą jest dużo trudniej. Nie masz tej elastyczności wyboru miejsca pracy bo zbyt dużo czasu musisz poświęcić na studiowanie.
Odpowiedz
#3
Swoich niepowodzeń nie zrzucaj na brak studiów, ja mam studia a w zawodzie nie pracuje i nawet sobie nie wyobrażam pracować Duży uśmiech zrobiłem bo mnie to interesowało ale nie praca... Co do pracy...zrób kurs do pracy w przedszkolu/żłobku Oczko tam dzieci wybaczą błędy Duży uśmiech albo korporacja - tam każdy ma wywalone na każdego. Możesz pracować i komunikować się tylko poprzez maila bo Cię np...ludzie stresują. Znam takiego gościa, gdzie ogarnia tylko poprzez maila a osobiście nie pogadasz o projekcie bo go ludzie wkur....
Odpowiedz
#4
Ja w takim razie przybliżę pobieżnie swoją historię Oczko
Po maturze poszedłem na zaoczne studia socjologii na SGGW. Z moimi osiągami naukowymi to nawet nie próbowałem szukać dziennych studiów, a że w tamtych czasach funkcjonowało powiedzenie: "Zdajesz maturę? Wybierz WOS. Chcesz iść na studia? Idź na socjologię." bowiem panowało przekonanie, że to ultra łatwe "dziedziny" toteż pokusiłem się. O ile WOS faktycznie był w miarę przyjemny i najlepiej mi z całej matury wyszedł, o tyle na socjologii już tak fajnie nie było. Dodam tylko, że to był czas kiedy żył mój ojciec, który chyba by mnie rozdarł na strzępy gdybym nie poszedł na jakieś studia i do pracy, a więc dużo czasu na zastanawianie się nie miałem ani nad jednym ani nad drugim. Pracowałem wówczas fizycznie w pralni hotelu Bristol. Miejsce poznałem na praktykach szkolnych i wierciłem kierowniczce dziurę w brzuchu póki mnie nie przyjęła. Zabawa skończyła się tak, że przed ukończeniem pierwszego semestru mój ojciec zmarł, niedługo potem ja byłem bliski zgona bo zachorowałem na cukrzycę o czym nie wiedziałem bo nie miałem chwili na przebadanie się przez pracę, którą w konsekwencji i tak wiosną straciłem bo rozchorowałem się ciężko na żołądek i musiałem się zwolnić i najwyraźniej uznali, że żaden ze mnie pożytek co w sumie jedna babka wprost mi powiedziała tylko trochę innymi słowami. Natomiast o cukrzycy dowiedziałem się jak udało się wyrwać dzień wolnego bym mógł iść do lekarza, a byłem w takim stanie, że wszystko mnie drażniło i lepiej było nie stawać mi na drodze do ubikacji bo groziło stratowaniem.

Wracając jednak do SGGW to generalnie byłem tam traktowany jak najgorsze ścierwo, a że też nie lubiłem się z czytaniem i to nie tylko na głos to tym bardziej ciężko miałem. Tam czytanie to jak przykazanie. Do dziś pamiętam wypowiedź jednego profesora: "My, czytelnicy. Jesteśmy bardzo nietolerancyjni wobec osób, które nie czytają.". Słowa te były wypowiedziane w sposób bardzo dumny i mocno wychwalający taką postawę. Skończyło się na tym, że na trzeci rok zostałem warunkowo dopuszczony, następnie powtarzałem go, a kiedy ten sam profesor zaczął wymyślać jakieś dzienniczki uczestnika kulturowego w formie zaliczenia przedmiotu, a on zdecydowanie nie był najbardziej trworzącym mnie wykładowcą toteż zrobiłem najgłupszą rzecz na świecie a mianowicie zacząłem "wagarować". Tzn. wychodziłem sobie z domu na parę godzin tak by rodzina myślała, że jestem na uczelni, a w tym czasie zwiedzałem Warszawę. Pamiętam jak chodziłem w niepogodę i marzłem, ale moja psychika nie wyrabiała po prostu. Nie mogłem znieść upokarzania i prowadzenia dochodzeń dlaczego czegoś nie przeczytałem lub nie przygotowałem. Mogło się to zakończyć tylko w jeden sposób - wylali mnie z uczelni z wilczym biletem. Bowiem zostałem wykreślony z listy studentów, a to w zasadzie oznacza koniec kariery naukowej w szkole publicznej, chyba że się wszystko od początku zacznie.

Miałem jednak ogromnego farta bowiem poszedłem do SWPSu, który był wówczas jedyną pobliską uczelnią prowadzącą jeszcze ten kierunek. Akurat ostatni rocznik mieli bo już likwidowali kierunek bo im się nie opłacał. Zapłaciłem 2x tyle co na SGGW, w końcu szkoła prywatna, ale przyjęli mnie na kontynuację bez żadnego problemu i jeszcze podpowiedzieli co tam z SGGW mi się na odchodne należy. No generalnie totalnie inne traktowanie. Wychodząc od rekrutacji z SWPSu czułem się trochę jak człowiek z Auschwitz, któremu dają czyste ubranie, ciepłą herbatkę i pytają jak się czuje i co mogą dla niego zrobić. Dla mnie to była jakaś abstrakcja. Oczywiście musiałem jeszcze jechać do SGGW po wykaz przedmiotów jakie miałem wykładane i tam myślałem, że w dziekanacie mnie zabiją za to, że śmię domagać się tego co mi się należy jak psu buda. Musieli oczywiście na odchodne jeszcze mi przypomnieć, że jestem skreślony z listy i żadna państwowa uczelnia mnie nie przyjmie...

Rok na SWPSie jednak też do łatwych nie należał. Z trudem udało mi się zdać i uzyskać ten licencjat. W tej uczelni też nie brakowało wredniejszych wykładowców, ale w porównaniu do SGGW to był raj. Jak widać po moim przykładzie jeśli ktoś był odpowiednio zdeterminowany to sobie poradził, tak czy inaczej. No jeden facet od migracji to psychol był, to fakt bo nawet był w stanie kłamać w dziekanacie tylko po to by studentowi życie uprzykrzyć, ale jakoś udało mi się u niego zaliczyć, choć wcześniej pół roku kiblowałem przez niego. Tzn. obronę miałem jakoś w grudniu bo przed lipcem facet mnie uwalił, a na jesieni to sam nie wiedział czy jest chory, czy zajęty, generalnie każdej osobie co innego odpisywał (tak, nie tylko ja kiblowałem przez typa) i jednemu chłopakowi nawet odpisał by nie podważał jego kompetencji czy coś takiego, w odpowiedzi właśnie na pytanie kiedy będzie można się u niego poprawiać. Grunt, że się udało.

Po ukończeniu licencjatu byłem przekonany, że mam dość i nie wybiorę się już na żadne studia. Wynikiem jednak wielu czynników po 3 latach przerwy zmieniłem zdanie i zapragnąłem iść na magisterkę. Moja mama była w niebo wzięta, ale nie narzucała mi niczego. Okazała mi wyłącznie wsparcie, ale totalnie nie mieszała się do moich dalszych poczynań. Siedziałem w necie tak długo, dopóki nie nalazłem uczelni i kierunku jaki mi będzie pasował. Rzecz jasna znów wybrałem uczelnię prywatną i studia zaoczne. Tym razem wybór padł na administrację. No cóż. Były momenty kryzysowe, uczelnia z kolei łaskawie zaczęła przygodę ze mną od oszukania mnie przez co na pierwszym zjeździe mnie nie było, ale to był jedyny zjazd przeze mnie opuszczony. O ile wcześniej chodziłem w kratkę na zajęcia o tyle na tej uczelni pojawiałem się nawet chory. Opłaciło się bo wyjechałem na 5 ale też broniłem się rok po zakończeniu studiów bo grzebałem się z pracą magisterską Duży uśmiech Totalnie nie miałem pomysłu na nią i temat wybrałem jaki wybrałem. Ostatecznie uczelnia przyjęła pracę z błędami, a promotorka chwaliła mnie, że dobrze się czyta to co ja piszę i koniec końców tylko raz padły nieprzychylne komentarze w jednym rozdziale, który nie szedł mi wybitnie. Nie mniej jednak cała sytuacja pokazuje, że nie było czym się stresować, a człowiek przez własne stresy traci najwięcej.

Tak reasumując z mej historii to polecam Ci Kiniuś tak. Usiądź sobie wygodnie przed kompem. Zrób sobie ciepłą herbatkę, trochę pracy Cię czeka w zależności od Twych gustów, ale ważne byś podeszła do tego totalnie bez emocji. Pomyśl co Cię interesuje, co mogło by Cię pochłonąć i zacznij szukać uczelni, która oferuje właśnie taki kierunek. Tak abyś dobrze się bawiąc przy okazji przygotowywała się na zajęcia. Piszesz, że interesuje Cię angielski. Proszę bardzo - lingwistyka itp. stoją przed Tobą otworem. Kończąc taki kierunek miała byś również ogromne szanse na ciekawe zatrudnienie. Ja np. nie mogę odpowiadać na wiele ogłoszeń bo wymagają właśnie angielskiego a czasami jeszcze innych języków, a dla mnie to pięta achillesowa. Wklepujesz sobie hasełko właśnie lingwistyka i otwierasz kolejne karty ze stronami różnych uczelni. Im więcej tym lepiej. No i młoda spędzasz kolejne godziny na analizowaniu tych stron. Taką główną rzeczą jaką warto się zainteresować i jaka mnie interesowała jak szukałem to program nauczania. Niestety nie wszędzie on jest, ale wiele szkół się nim szczyci, więc można wrzucić na bęben i sobie zobaczyć co oni tam robią w toku nauczania, jakie przedmioty są itd. Wówczas wiesz czy to coś dla Ciebie czy też nie.

Co do nauki języków jednak biorąc z kolei pod uwagę Twoją przypadłość to jednak bym odradzał, chyba że nad nią zapanujesz. Nie wiem z resztą jak jest teraz jeśli chodzi o naukę języków w szkole wyższej, ale ja jak miałem ruska na SGGW to jak dzieci w przedszkolu musieliśmy czytać na głos z tym, że jeszcze rzecz jasna po rusku i czasami odpowiadać na pytania jakieś na wyrywki i szczerze nienawidziłem tego żywym ogniem i sam jak szukałem uczelni na magisterkę to sugerowałem się tym by czasem języka w programie nie było. Oczywiście sposób jaki Ci przedstawiłem możesz wykorzystać szukając zupełnie innego kierunku, jak wspomniałem - zależy od Twego gustu. Ja nie określiłem sobie sztywno (choć można), że ma być administracja i kuniec. Ja szukałem sobie uczelni, które znajdują się w zasięgu mej lokalizacji, a następnie spośród nich wybierałem sobie kierunki, które brzmiały dla mnie atrakcyjnie, potem z tego co mi zostało to odcedzałem sobie te, na które miałem szansę się dostać, a na końcu przeglądałem sobie właśnie programy i jakie przedmioty są. Większość błędów na etapie wyboru uczelni popełnia się przez właśnie działanie pod wpływem impulsu, nie poświęcanie odpowiedniego czasu na zapoznanie się z tym co dana uczelnia oferuje no i olewanie własnych potrzeb względem nacisków innych i wydaje mi się, że podobnie mogło być też z Tobą. A i właśnie - brak doświadczenia. Człowiek świeżo po maturze działa jak dziecko we mgle podobnie jak kursant przed egzaminem na prawko, który jedzie jak to się mówi jak z klapkami na oczach Oczko

W każdym razie życzę dużo cierpliwości i powodzenia Przytulanie Nie słuchaj jęczenia swoich starych tylko rób tak by dla Ciebie było dobrze bo Ty z tego chlebek jeść będziesz. Masz już jakieś doświadczenie, a chęć ucieczki od rodziców w tym wypadku powinna stanowić dla Ciebie dodatkową motywację, a wiesz, że Polak jak się wq...wi to potrafi Duży uśmiech
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości