Pokochać samotność - wyzwanie mojego życia
#1
Od zawsze lgnęłam w jakiś sposób do innych. Nigdy nie byłam tak do końca samotna i zawsze byli ludzie, którzy wskazywali mi drogę, którą mam iść. Nie słyszałam w tym wszystkim swojego własnego głosu i nigdy nie wykształciłam u siebie na tyle silnego charakteru, który pozwoliłby mi na samodzielne podejmowanie decyzji. Od zawsze czułam się skrępowana i zależna od innych ludzi i teraz, w wieku 20-kilku lat, stanęłam przed niezwykle trudnym, ale w moich oczach koniecznym wyborem: brnąć dalej w byciu zależną, czy raz na zawsze zerwać krępujące mnie więzy i wyruszyć w samodzielną podróż przez życie?

Już minęły ponad dwa miesiące, od kiedy zdecydowałam się na tę drugą opcję. Jakże byłam wtedy szczęśliwa! Czułam, że mam całe życie przed sobą i miliony możliwości i że nic już nie jest w stanie mnie powstrzymać przed osiągnięciem szczęścia! Jednakże silne uczucie szczęścia, wolności i ekscytacji opadły, a ja pozostałam ze swoimi starymi dobrymi znajomymi... demonami przeszłości. 

Proza życia ściągnęła mnie na dół i teraz wiem, że te miliony możliwości to smutna iluzja, którą nadal chcę żyć, ale nie mogę, bo wiem, że to prędzej czy później by mnie zniszczyła. Muszę stąpać twardo i pewnie, żeby przygotować się na każdą ewentualność. Boję się jednak, że nie dam rady. Że nie utrzymam się na powierzchni. Boję się, że tak naprawdę nic lepszego mnie w życiu nie spotka i marzenia, które w sobie noszę, nie ziszczą się, a ja pozostanę już na zawsze sama...

Doskonale zdaję sobie sprawę, że sama zgotowałam sobie taki los i być może na taki los zasługuję. Na własne życzenie zerwałam kontakt z rodziną. Zamurowałam swoją przeszłość i mam ją już za sobą, chociaż moja głowa ciągle i ciągle do nich wraca. Wiem jednak, że taki stan rzeczy jest już lepszy, niż wielki i zalany rzewnymi łzami powrót do tego destrukcyjnego środowiska, z którego pochodzę... w którym pomimo życia wśród ludzi, tak naprawdę byłam skazana na samodzielne radzenie sobie z własnymi emocjami, których nie rozumiałam wtedy i nie rozumiem teraz. Nienawidzę siebie za to, że nie jestem w stanie ich kochać. W głębi duszy pragnę do nich wrócić, ale jest to pragnienie nieziszczalne, ponieważ pragnę wrócić do wyidealizowanego obrazu moich bliskich i nie wiem, czy jestem w stanie stanąć twarzą w twarz z prawdą. Jestem tchórzem i od zawsze nim byłam. 

Wiem tylko tyle, że nie chcę tchórzyć już nigdy więcej. Chcę z odwagą patrzeć w przyszłość i mieć nadzieję na lepsze jutro. Chcę być silna i niezależna. Chcę mieć cierpliwość i siłę do zmiany swojego przeznaczenia. Stąd też mój post. Chcę prowadzić swojego rodzaju dziennik, w którym będę opisywać swoje zmagania z samą sobą i - tak jak w tytule - moje próby pokochania samotności. Bo tylko wtedy, gdy pokocham życie w samotności, będę w stanie budować coraz to zdrowsze relacje. 

Ten stan, który przeżywam obecnie, niczym się nie różni od tego, który towarzyszył mi jeszcze za czasów szkolnych. Bardzo mi z tym ciężko, ale jeżeli nie zacznę siebie zmieniać teraz, to już nie będzie dla mnie szansy. 

Ja z kolei postaram się regularnie pisać w tym wątku, bo tylko wtedy moje pisanie będzie miało jakikolwiek sens. Bez regularnych wpisów nie dostrzegę ewentualnych zmian w zachowaniu. Zachęcam Was do komentowania i dzielenia się swoimi własnymi przeżyciami. Z chęcią przeczytam wszystkie posty.
Odpowiedz
#2
Mam trochę podobnie. I choć sama nie mam potrzeby odcinać się od rodziny, to też zawsze byłam w jakiś sposób uzależniona od innych. Od rodziny, znajomych, od czyjegoś zdania. Miałam taki okres w życiu kiedy wydawało mi się, że wszyscy dają radę a ja jestem skazana na porażkę i tak po prostu się poddawałam. Stałam w miejscu i dałam się ciągnąć w dół przez negatywne oddziaływanie otoczenia i swoje własne. Ale w końcu nastał taki moment w którym trzeba było przyznać się przed samym sobą, że tak dłużej być nie może. Póki co sama jestem na etapie walki ze swoimi demonami, ale też godzeniem się z rzeczami, których zmienić nie mogę, bo nie zależą tylko ode mnie. I w zupełności zgadzam się ze stwierdzeniem, że aby tworzyć zdrowe relacje z innymi trzeba najpierw nauczyć się żyć samemu ze sobą, co jest chyba najtrudniejsze, przynajmniej dla mnie. W każdym razie życzę powodzenia Tsu na drodze do zmian i lepszego życia Uśmiech
Odpowiedz
#3
Ja ostatnio przechodziłem coś podobnego. Często mnie nawiedzały ostatnio demony przeszłości przez co nawet wyżywałem się na niektórych za to. Co najlepsze uświadomiłem sobie niedawno, że to robię. Wyjechałem z domu gdy miałem 19 lat(marzyłem o tym mając 16 lat) i przenosiłem się do dwóch miejsc i sam zarabiałem na studia jeżdżąc samemu za granicę w nieznane, tak samo . Mogę więc powiedzieć tylko jedno: nie uciekniesz od przeszłości choćbyś nie wiem jak chciał. Najlepszym więc sposobem jest ustalanie granicy kontaktu z rodziną. Całkowite odcięcie się od rodziny, ludzi w niczym mi nie pomogło. Tak samo jak obwinianie innych o swój los. Sam wychowałem się w patologicznej rodzinie w której dominuje słowo pieniądz i jego brak,zrzędzenie więc wiem co czujesz. Uważam, że brak zajęcia sprawia też, że często o tym myślimy. Jestem sam na podobnym etapie, bo sam sobie zgotowałem podobny los lecz pomimo tego się nie poddaje i wierzę, że mi się uda.

Szczerze powiedziawszy to zainspirowałaś mnie tym postem Uśmiech Trzymam kciuki i powodzenia! Uśmiech Czytając Twoje posty uważam, że jesteś na tyle mądra, że sobie poradzisz. Uśmiech
Odpowiedz
#4
Przeczytałem w sumie kilka razy i cóż Ci Tsubku mój powiedzieć mogę... Chyba nie za wiele. Mogę zgrywać jakiegoś eksperta od relacji między ludzkich, dyplomowany socjolog i te rzeczy, ale nawet jakbym był ultra znawcą (a nie jestem) to i tak nic mądrego tak naprawdę Ci nie powiem. Niczego mądrego też nie usłyszysz także od specjalistów w zakresie psychiatrii, a w zasadzie to może inaczej. Mądrych rzeczy usłyszeć i przeczytać możesz dużo i to od różnych ludzi niezależnie od profesji (patrz posty nade mną Szczerbol ), ale nikt nie podrzuci Ci jakiejś złotej myśli będącej panaceum na wszystko. Smutna prawda jest taka, że my wszyscy jesteśmy samotni z własnymi emocjami. Każdy przypadek jest odmienny i nie da się zastosować pełnego schematu o czym zapominają wszelkiej maści psychologowie, którzy chcieli by mieć wzór dla każdego rodzaju osobowości, który mogli by zastosować do każdego jednego przypadku. Tak się nie da i ci bardziej myślący psycholodzy o tym wiedzą (nie za dużo takich niestety). Ty jak mniemam także zdajesz sobie sprawę z tego, że to są Twoje demony przeszłości i tylko Ty możesz stawić im czoła. Każdy jak widać jakieś ma. Ja też właściwie można by rzec mam korzenie wywodzące się z patolki i też w z 99% mych emocji tak naprawdę jestem w życiu sam. Myślę, że większość osób na tym forum miało jakieś lepsze bądź gorsze przygody swej przeszłości, że tak to ujmę. One hartują nieśmiałość. Jest bowiem pewien związek trudnej młodości z nieśmiałością, przez który można domniemać, że im bardziej cukierkowe życie za młodu tym mniejszy współczynnik nieśmiałości, szczególnie tej takiej chorobliwej, która paraliżuje normalne funkcjonowanie. Co oczywiście nie oznacza, że osoby śmiałe nie miały trudniejszej przeszłości. Wszystko zależy od indywiduum. Ja osobiście Ci powiem, że im starszy jestem tym bardziej tęsknię za pewnymi osobami co w życiu mi nabruździły... A tym bardziej im więcej lat minęło od tego dnia kiedy widziałem ich po raz ostatni. Ostatnio coraz częściej zdarza mi się tęsknić za moimi klasowymi oprawcami z podstawówki/gimnazjum. Wprawdzie ostatnią rzeczą jaką bym chciał to teraz spotkać ich gdzieś na ulicy, ale powiedzmy, że tak bardzo tęsknię za dawnymi czasami, że zacząłem jakby patrzeć innym okiem na tych ludzi. Rozumiem więc Twoje rozwarstwienie emocjonalne, że z jednej strony chcesz zostawić za sobą tych, którzy ciągnęli Cię na dno a z drugiej tęsknisz do nich na swój sposób ponieważ ci ludzie coś dla Ciebie znaczyli. Jedni więcej, inni mniej ale jednak, ba, masz tego świadomość, że i Ty coś znaczyłaś dla nich mimo, że miejscami mogło wyglądać to inaczej.

No i wreszcie poruszasz przy okazji ważną kwestię. Kwestię dojrzałości i sztuki wyboru odpowiedniej drogi życiowej. To są myślę z punktu widzenia filozofa jedne z najtrudniejszych kwestii tuż po kwestiach egzystencjalnych i sensie życia. Tak naprawdę możemy robić sobie definicje dorosłości i dojrzałości, a i tak żadna z tych definicji idealna nie będzie, zwłaszcza, że tutaj znów pojawia się indywiduum. Nie chcę analizować Twojej dojrzałości w żaden sposób, ale sam fakt, że dokonałaś wyboru, jakże trudnego, ale jednak świadczy o Twej dojrzałości. Ba, o niej świadczy także ten temat i Twoje wątpliwości bo tylko osoba dorosła i dojrzała jest w stanie krytycznie ocenić swoje wybory życiowe i poddać je pod pewien osąd wątpliwości. Na tego rodzaju wybory niestety nikt nas nie przygotował bo i nikt nie jest w stanie tego uczynić. Każdy ma własną historię, własne otoczenie, własne poglądy, własne potrzeby. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego i do wszystkiego w pełni się dostosować. Zawsze musimy podjąć jakąś decyzję w ciemno bez pewności czy wyjdzie nam to na dobre czy złe.

Na koniec takie przesłanie. Co jakiś czas spotykam kogoś kto mówi, że wszystko w naszym życiu ma sens i nic nie dzieje się bez przyczyny. Nawet najgorsze tragedie. Jest w tym sporo prawdy. Ledwie od roku zauważam np. to, że najlepszych przyjaciół poznaję poprzez swe największe porażki życiowe, dzięki temu stają się one moimi największymi sukcesami. Bo i nie wyobrażam sobie na dzień dzisiejszy bym ukończył SGGW kiedy ukończyć miałem, nie wyobrażam sobie być na tyle śmiałym by nie szukać relacji przez internet przez co nigdy bym nie trafił w to miejsce. Nie wyobrażam sobie zapobieżenia wielu mym porażkom, które w rezultacie spowodowały, że poznałem niejedną ciekawą osobę, a niejedna z nich odbudowała moją wiarę w ludzi. Zachęcam Cię Tsubasek właśnie do takiego poszukiwania pozytywów w tym co złe Cię w życiu spotkało. Do szukania drugiego dna, które pozwoliłoby Ci docenić te doświadczenia. To ważne bowiem może pomóc Ci w dokonywaniu kolejnych wyborów a przede wszystkim w akceptowaniu ich oraz siebie samej bez względu na konsekwencje. Nie patrz na to ile straciłaś w wyniku danej sytuacji w odniesieniu na to co liczyłaś, a ile zyskałaś dzięki temu. Jeszcze bardziej w ten sposób pokochasz swych nieprzyjaciół i osoby, które w życiu Cię jakoś zawiodły, że Ci w tym pomogły i że może nawet jest lepiej niż marzyłaś. Nadal będziesz odróżniać dobro od zła a także to co ważne dla Ciebie a czego powinnaś się wystrzegać, ale spojrzysz na to świeżym okiem. Okiem wdzięczności i nauki na przyszłość. Przy okazji łatwiej będzie Ci zaakceptować własne błędy względem innych osób bowiem wartość jakie one mogły nieść będzie samoistnym zadośćuczynieniem Oczko
Odpowiedz
#5
(25-03-2020, 14:22 PM)Fuksja napisał(a): Stałam w miejscu i dałam się ciągnąć w dół przez negatywne oddziaływanie otoczenia i swoje własne.
Tak, Fuksja, to jest właśnie to, przez co przechodziłam! Czułam się kompletnie bezsilna, jakbym tonęła.

(25-03-2020, 14:22 PM)Fuksja napisał(a): Póki co sama jestem na etapie walki ze swoimi demonami, ale też godzeniem się z rzeczami, których zmienić nie mogę, bo nie zależą tylko ode mnie. I w zupełności zgadzam się ze stwierdzeniem, że aby tworzyć zdrowe relacje z innymi trzeba najpierw nauczyć się żyć samemu ze sobą, co jest chyba najtrudniejsze, przynajmniej dla mnie. W każdym razie życzę powodzenia Tsu na drodze do zmian i lepszego życia
Serdecznie dziękuję i Tobie życzę tego samego Uśmiech

(25-03-2020, 14:22 PM)Visionary napisał(a): Wyjechałem z domu gdy miałem 19 lat(marzyłem o tym mając 16 lat) i przenosiłem się do dwóch miejsc i sam zarabiałem na studia jeżdżąc samemu za granicę w nieznane, tak samo .
Byłam w tym samym wieku, kiedy wyprowadziłam się z domu... To było ciężkie, ale szybko zaaklimatyzowałam się w nowym miejscu. Teraz mieszkam gdzie indziej i myślę, czy by tam nie wrócić. Oby tylko finanse mi na to pozwoliły!

(25-03-2020, 14:22 PM)Visionary napisał(a): Sam wychowałem się w patologicznej rodzinie w której dominuje słowo pieniądz i jego brak,zrzędzenie więc wiem co czujesz. Uważam, że brak zajęcia sprawia też, że często o tym myślimy. Jestem sam na podobnym etapie, bo sam sobie zgotowałem podobny los lecz pomimo tego się nie poddaje i wierzę, że mi się uda.
Trzymam kciuki! Uśmiech

(25-03-2020, 19:23 PM)Silent napisał(a): Przeczytałem w sumie kilka razy i cóż Ci Tsubku mój powiedzieć mogę... Chyba nie za wiele.[...]  Mądrych rzeczy usłyszeć i przeczytać możesz dużo i to od różnych ludzi niezależnie od profesji (patrz posty nade mną  ), ale nikt nie podrzuci Ci jakiejś złotej myśli będącej panaceum na wszystko.

Ależ Cichy... Ja nie szukam złotej myśli, ani też złotego środka - tak jak napisałam to w swoim poście, ów wątek to sposób na udokumentowanie pewnych spraw, aby łatwiej mi było przezwyciężyć swoje destrukcyjne schematy, w których tkwiłam i tkwię do tej pory. To, co teraz robię (i to jak ujęłam to w tytule wątku), to wyzwanie mojego życia, bo dopiero teraz zaczęłam brać pełną odpowiedzialność za swoje czyny i dopiero teraz biorę się w garść i dopiero teraz wchodzę w dorosłość pełną gębą. Jest to rzecz, która wpłynie na całą moją przyszłość. Nie liczę na to, że to będzie łatwe... Liczę na to, że po prostu jakoś przetrwam ten trudniejszy okres, a pisanie o tym w takiej formie powinno mi jakoś pomóc. 

(25-03-2020, 19:23 PM)Silent napisał(a): . Myślę, że większość osób na tym forum miało jakieś lepsze bądź gorsze przygody swej przeszłości, że tak to ujmę. One hartują nieśmiałość. Jest bowiem pewien związek trudnej młodości z nieśmiałością, przez który można domniemać, że im bardziej cukierkowe życie za młodu tym mniejszy współczynnik nieśmiałości, szczególnie tej takiej chorobliwej, która paraliżuje normalne funkcjonowanie. Co oczywiście nie oznacza, że osoby śmiałe nie miały trudniejszej przeszłości. Wszystko zależy od indywiduum.
Myślę, że ostatnie zdanie jest najbliższe prawdzie. Mam siostrę, która przeżyła kilkukrotnie gorsze rzeczy, a będąc nastolatką wychodziła często na dyskoteki i spotykała się ze znajomymi w większej grupie. Ja zaś jako nastolatka byłam tak wycofana, jak tylko mogłam być... Od zawsze byłam bojaźliwa i skryta, więc na hasło "dyskoteka" reagowałam wręcz alergicznie... Pierwszy raz do klubu poszłam mając lat 23 i nie wspominam tego szczególnie dobrze. Więc jeżeli chodzi o nieśmiałość, jest ona uwarunkowana najprawdopodobniej nie tylko samymi doświadczeniami, ale w dużej mierze samą osobowością i wrażliwością na bodźce. U mnie sama nieśmiałość zniknęła, natomiast lękliwość jak była tak jest... Ale to już omawiałam i zamierzam konsekwentnie szlifować.

(25-03-2020, 19:23 PM)Silent napisał(a): Rozumiem więc Twoje rozwarstwienie emocjonalne, że z jednej strony chcesz zostawić za sobą tych, którzy ciągnęli Cię na dno a z drugiej tęsknisz do nich na swój sposób ponieważ ci ludzie coś dla Ciebie znaczyli. Jedni więcej, inni mniej ale jednak, ba, masz tego świadomość, że i Ty coś znaczyłaś dla nich mimo, że miejscami mogło wyglądać to inaczej.
No cóż, co do tej kwestii, to tęsknię najbardziej za rodziną. Za oprawcami bynajmniej nie. Czasy podstawówki nie były czymś przyjemnym dla mnie i za nic w świecie nie chciałabym tam wracać. Rozumiem jednak przesłanie - jeżeli przeniósłbyś się do tamtych czasów z tym bagażem doświadczeń, jaki masz obecnie, na pewno wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale dzieci są tylko dziećmi i jedyne, co powinny robić, to cieszyć się tym dzieciństwem póki jest.

(25-03-2020, 19:23 PM)Silent napisał(a): Zachęcam Cię Tsubasek właśnie do takiego poszukiwania pozytywów w tym co złe Cię w życiu spotkało. Do szukania drugiego dna, które pozwoliłoby Ci docenić te doświadczenia. To ważne bowiem może pomóc Ci w dokonywaniu kolejnych wyborów a przede wszystkim w akceptowaniu ich oraz siebie samej bez względu na konsekwencje. Nie patrz na to ile straciłaś w wyniku danej sytuacji w odniesieniu na to co liczyłaś, a ile zyskałaś dzięki temu. Jeszcze bardziej w ten sposób pokochasz swych nieprzyjaciół i osoby, które w życiu Cię jakoś zawiodły, że Ci w tym pomogły i że może nawet jest lepiej niż marzyłaś. Nadal będziesz odróżniać dobro od zła a także to co ważne dla Ciebie a czego powinnaś się wystrzegać, ale spojrzysz na to świeżym okiem. Okiem wdzięczności i nauki na przyszłość. Przy okazji łatwiej będzie Ci zaakceptować własne błędy względem innych osób bowiem wartość jakie one mogły nieść będzie samoistnym zadośćuczynieniem
I właśnie tego chcę się nauczyć Uśmiech Już teraz czuję, że jestem cierpliwsza niż te dwa miesiące temu, co pozwala mi na dociekliwsze słuchanie (bądź czytanie Oczko ) drugiego człowieka, a co dopiero będzie za kilka kolejnych miesięcy? Chcę właśnie nauczyć się tej sztuki, aby móc na bieżąco dokonywać tych wyborów, które będą dla mnie i dla innych najlepsze. Póki co jestem sama, ale mam nadzieję, że w przyszłości znajdzie się ktoś, dzięki komu rzeczywiście wszystko nabierze jakiegoś sensu. Bo póki co nie widzę sensu jako takiego prócz tego, żeby zahartować swój charakter i żeby koniec końców stać się silniejszą. 

PS: Czytając Wasze przychylne komentarze, aż mi ciepło na sercu się robi Uśmiech Wsparcie innych osób, nawet, jeśli nie widziałam ich w życiu na oczy, jest dla mnie w tym momencie (i w zasadzie nie tylko tym!) niezwykle istotne i być może pozwoli mi na uspokojenie się oraz spojrzenie na świat z innej perspektywy - a oderwanie się od swojej zamyślonej głowy jest tutaj kluczowe!
Odpowiedz
#6
(25-03-2020, 21:12 PM)Tsubasa napisał(a): Ależ Cichy... Ja nie szukam złotej myśli, ani też złotego środka - tak jak napisałam to w swoim poście, ów wątek to sposób na udokumentowanie pewnych spraw, aby łatwiej mi było przezwyciężyć swoje destrukcyjne schematy, w których tkwiłam i tkwię do tej pory. To, co teraz robię (i to jak ujęłam to w tytule wątku), to wyzwanie mojego życia, bo dopiero teraz zaczęłam brać pełną odpowiedzialność za swoje czyny i dopiero teraz biorę się w garść i dopiero teraz wchodzę w dorosłość pełną gębą. Jest to rzecz, która wpłynie na całą moją przyszłość. Nie liczę na to, że to będzie łatwe... Liczę na to, że po prostu jakoś przetrwam ten trudniejszy okres, a pisanie o tym w takiej formie powinno mi jakoś pomóc. 

No wiem wiem.

(25-03-2020, 21:12 PM)Tsubasa napisał(a): Myślę, że ostatnie zdanie jest najbliższe prawdzie. Mam siostrę, która przeżyła kilkukrotnie gorsze rzeczy, a będąc nastolatką wychodziła często na dyskoteki i spotykała się ze znajomymi w większej grupie. Ja zaś jako nastolatka byłam tak wycofana, jak tylko mogłam być... Od zawsze byłam bojaźliwa i skryta, więc na hasło "dyskoteka" reagowałam wręcz alergicznie... Pierwszy raz do klubu poszłam mając lat 23 i nie wspominam tego szczególnie dobrze. Więc jeżeli chodzi o nieśmiałość, jest ona uwarunkowana najprawdopodobniej nie tylko samymi doświadczeniami, ale w dużej mierze samą osobowością i wrażliwością na bodźce. U mnie sama nieśmiałość zniknęła, natomiast lękliwość jak była tak jest... Ale to już omawiałam i zamierzam konsekwentnie szlifować.

Dyskoteki to zuoooo Szczerbol

(25-03-2020, 21:12 PM)Tsubasa napisał(a): No cóż, co do tej kwestii, to tęsknię najbardziej za rodziną.

Domyślam się Duży uśmiech

(25-03-2020, 21:12 PM)Tsubasa napisał(a): Rozumiem jednak przesłanie - jeżeli przeniósłbyś się do tamtych czasów z tym bagażem doświadczeń, jaki masz obecnie, na pewno wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale dzieci są tylko dziećmi i jedyne, co powinny robić, to cieszyć się tym dzieciństwem póki jest.

W sumie to i tak i nie Język Wielokrotnie o tym myślałem, ale moje wnioski w zasadzie są rozbieżne nieco. To znaczy z jednej strony gdybym cofnął się w czasie ze swoimi doświadczeniami to na pewno wiele rzeczy bym zrobił inaczej. No i być może w niektórych sytuacjach mniej bym kładł uszy po sobie. Aczkolwiek no właśnie - w niektórych... Myślę, że pomimo doświadczenia gdyby wróciło tamto wszystko i pomimo doświadczeń miałbym możliwości takie jakie wówczas miałem to raczej wiele bym nie zawojował i dużo wydarzeń potoczyło by się zwyczajnie dokładnie tak samo. Jedyne na co bym miał wpływ to rozwój osobisty np. bardziej przykładając się do nauki i będąc bardziej zdecydowanym w pewnych kwestiach. Tu z resztą wraca widmo tego co pisałem wcześniej o porażkach, które na dobre mi wyszły, czy w kontekście mych doświadczeń to nie była by zbrodnia na tym pozytywnym rezultacie płynącym z porażki, czy potrafiłbym świadomie zrezygnować z tego.

(25-03-2020, 21:12 PM)Tsubasa napisał(a): I właśnie tego chcę się nauczyć Uśmiech Już teraz czuję, że jestem cierpliwsza niż te dwa miesiące temu, co pozwala mi na dociekliwsze słuchanie (bądź czytanie Oczko ) drugiego człowieka, a co dopiero będzie za kilka kolejnych miesięcy? Chcę właśnie nauczyć się tej sztuki, aby móc na bieżąco dokonywać tych wyborów, które będą dla mnie i dla innych najlepsze. Póki co jestem sama, ale mam nadzieję, że w przyszłości znajdzie się ktoś, dzięki komu rzeczywiście wszystko nabierze jakiegoś sensu. Bo póki co nie widzę sensu jako takiego prócz tego, żeby zahartować swój charakter i żeby koniec końców stać się silniejszą. 

PS: Czytając Wasze przychylne komentarze, aż mi ciepło na sercu się robi Uśmiech Wsparcie innych osób, nawet, jeśli nie widziałam ich w życiu na oczy, jest dla mnie w tym momencie (i w zasadzie nie tylko tym!) niezwykle istotne i być może pozwoli mi na uspokojenie się oraz spojrzenie na świat z innej perspektywy - a oderwanie się od swojej zamyślonej głowy jest tutaj kluczowe!


Serce rośnie Serce
Odpowiedz
#7
W samotności nie ma, moim zdaniem, nic wzniosłego do czego można by dążyć. Lepiej dążyć do pokochania samego siebie, adoptować i przytulić swoje wewnętrzne dziecko. 
Ja powoli wychodzę z ostrego zakrętu w swoim życiu i zauważyłem, że pod tymi trudnymi emocjami, które trzeba przerobić, jest sporo fajnych i miłych, do których warto się dokopać. Wiadomo, że praca nad sobą nie jest łatwa i trzeba szukać swojej ścieżki, ale później te dobre nawyki myślowe stają się bardziej naturalne.
Życzę powodzenia i wielu dobrych myśli na przyszłość.   Uśmiech
Odpowiedz
#8
Otóż to. Kiedyś oglądałem na yt o pracy nad wewnętrznym dzieckiem. Przypomniałem sobie najbardziej przykre wspomnienie, miałem może 4 lata. Trzeba było sobie przypomnieć to wspomnienie i przytulić to dziecko. Byłem wtedy w strasznej histerii i bezsilności. Zły na ojca, ale bezpośrednio mi wtedy nic nie zrobił, a bardziej przyczynił się do tego brat, ale mimo wszystko emocje dotyczyły bardziej ojca. Wyobraziłem sobie że przytulam siebie. Tego małego sfrustrowanego chłopczyka. I wiecie co? Od tego czasu ta historia to tylko historia, nie wzbudza już prawie żadnych emocji. A jeszcze nie dawno to była najgorszą historia która w życiu mi się przydażyła. Wiadomo że nie tylko pewnie to spowodowało że ta właśnie historia straciła na znaczeniu. Ale w zasadzie poczułem ulgę.
Natomiast co do samotności, nie czułem się źle z nią. Bo jak miałem 15 lat to raczej nawet kumpla nie miałem żadnego. Z jednej strony moi rodzice byli tak zazwyczaj zajęci swoimi problemami, że my tylko wegetowaliśmy przy nich. Także generalnie nie wiele mnie z nimi łączyło. W zasadzie wszystkiego musiałem się sam uczyć i na swoich błędach też. Ale znam ludzi którzy mając po 30 parę lat dalej mają emocjonalnie nieodciętą pępowine. Najciekawsze jest to, że ta pępowina to głównie nienawiść która łączy ich z rodzicami. I chyba strach że zostaną sami z tą nienawiścią, nawet jak będą z kimś w związku.
A żeby pokochać siebie, chyba bez powrotu do tych najczarniejszych historii nie ma opcji. Trzeba to najpierw zaakceptować, że tak było i zastanowić się dlaczego tak było. Mnie też bardzo pomogła przemiana nienawiści w litość. To taka próba zrozumienia dlaczego coś ktoś mi zrobił złego. Bo sam nie czuł się szczęśliwy, to jak małe dziecko ma być szczęśliwe?

Wysłane z mojego SM-J530F przy użyciu Tapatalka
Odpowiedz
#9
Vlad, maricnbot - dobrze, że o tym napisaliście dlatego, że doszłam do podobnych wniosków. Moja terapeutka radziła zrobić dokładnie to samo - przytulić skrzywdzone dziecko, którym się niegdyś było. Nie wiedziałam jednak wówczas, co to dokładnie oznacza i nie potrafiłam dokładnie przywołać wspomnień, które wówczas mnie złamały, żeby móc w końcu się z nimi pogodzić. 

Trauma jest brzemienna w skutkach. Z zewnątrz niby funkcjonuję normalnie, ale wystarczy źle wypowiedziane słowo, jeden potencjalnie niewinny gest, a już wewnątrz czuję obezwładniający niepokój. Mój umysł wyparł część wspomnień, więc walka z moimi przesadzonymi reakcjami to jak walka z cieniem. Stare nawyki każą mi zachować pokerową twarz i pomimo, że mój mózg zaczyna się gotować, muszę zachować spokój, żeby czasem nie pomyślano o mnie, że jestem "jakaś nienormalna". 

Walka z cieniem powoduje jeszcze większy stres, kiedy nie znasz jego kształtu, ani nie wiesz, co go rzuca. Jest to bliżej nieokreślona forma, dym, mgła, która zapycha Ci czaszkę i która jest tak gęsta, że braknie miejsca na zebranie jakichkolwiek myśli, a co dopiero mówić o normalnym funkcjonowaniu. Dlatego nie miałam siły podjąć prób usamodzielnienia się. Zawsze polegałam na kimś. Kiedy ma się 10 lat jest to naturalne, ale w wieku 24 lat tworzy to już patologię.

W pewnym sensie czułam, że to nie ja łapię za stery. Czułam, że byłam tylko po części świadoma, a moje decyzje były podejmowane jakby poza mną. Przez kogoś innego. Dopiero terapia pozwoliła mi zrozumieć, co dokładnie stoi za moimi emocjami i skąd wynikają moje odczucia. Zauważyłam, że w skrajnych przypadkach moje postrzeganie było tożsame z postrzeganiem małego, skrzywdzonego dziecka. Skołatane nerwy powodują, że nie mam ochoty z nikim rozmawiać i już nie raz usłyszałam, że jestem skryta i niedostępna. Nie ma się co dziwić, kiedy podświadomie uciekałam myślami do momentu, który mnie stłamsił i tłamsi nadal powodując, że podejmuje niewłaściwe i krzywdzące decyzje. Zrozumienie istoty problemu oraz nauczenie się technik radzenia sobie w takich sytuacjach pozwala jednak zyskać wiarę w siebie oraz daje możliwość wzięcia pełnej odpowiedzialności za swoje czyny bez cienia strachu. Daje nadzieję, że pomimo wszelkich trudności współpraca z innymi ludźmi może stać się przyjemna. Powinnam więc zmienić tytuł niniejszego wątku dlatego, że pokochanie samotności nie może być celem samym w sobie, a jedynie skutkiem akceptacji samego siebie. 

Piszę ten post po tak długiej przerwie dlatego, że skłoniły mnie do tego pewne przemyślenia i oczywiście chęć podzielenia się z Wami swoimi doświadczeniami. Czasami nieśmiałość nie jest tylko nieśmiałością, a wypartą traumą, która zżera Ci psychikę i pozbawia szansy na normalne życie. Zrozumienie tego wymaga ogromu wysiłku i zderzenia się z nierzadko okrutną prawdą o sobie, ale bez tego pójście naprzód staje się niemożliwe.
Odpowiedz
#10
Cieszę się że możemy się nawzajem podzielić swoimi doświadczeniami i tym że nie odpuszczamy, bo chyba nie ma większej radości z tego, kiedy sami do czegoś dojdziemy, owszem, za pomocą terapeutów, ale moja pani mi często powtarzała, że terapia to taka kula do złamanej nogi, bez niej nie zaczniemy chodzić, bo się nie zrośnie, tak jak nasza roztargana dusza. A każda noga się zrośnie i kule odstawimy, bo już jej nie będziemy potrzebować. Ja za tydzień mam ostatnią sesje i jestem dumny z siebie, bo już od kilkunastu dni czuje że sam chce już chodzić, bez kuli, dusza jeszcze nie jest zagojona do końca, ale już sam sobie całkiem dobrze radzę, czego i Tobie życzę z całego serduszka !!!
Co do tej mgły to się zgodzę, miałem podobnie i teraz w dużym stresie też mi się to zdarza, tak samo mam wrażenie że ludzie od razu to zauważają i dziwnie reagują, podejrzewam że widać gołym okiem taką reakcję, kiedy emocje biorą górę, a my nie możemy sobie w danej sytuacji z nimi poradzić.
Myślę że skutek to trochę złe sformułowanie, bo przecież to jest nasz cel, pokochać samego siebie, tego chcemy i do tego dążymy. Dążymy do doskonałości, ale zawsze będzie chwila zwątpienia, bo jesteśmy ludźmi, gdzie każdy z nas ma mniejszą czy większą wrażliwość, ale trzeba wiedzieć że to najpiękniejsza nasza cecha i to nas odróżnia od zwierząt, jesteśmy homo sapiens🙂.
Ta Pani poniżej mi to fajnie zainstruowała, jest trochę anemiczna, ale może taka ma być:


Wysłane z mojego SM-J530F przy użyciu Tapatalka
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości