Rozmowy z nieznajomymi oraz towarzyszące im uczucia.
#1
Ludzie rozmawiają kiedy komunikacja jest niezbędna do osiągnięcia jakiegoś celu, profesjonalnie i zawodowo - oraz tak po prostu, kiedy konwersacja nie jest niezbędna do pójścia naprzód. W tym temacie jako "nieznajomych" nazywam osoby z którymi kontakt jest zerowy lub sporadyczny.

Nie jestem pewien jednej rzeczy: Jeżeli człowiek miałby ochotę pogadać sobie o pogodzie z innym człowiekiem który stoi obok niego na ulicy, to po prostu by to zrobił. Jeżeli nie odzywa się do obcych ludzi to najwyraźniej takiej ochoty nie ma. Dlaczego więc mimo wszystko taka osoba po powrocie do domu może mieć ochotę wręcz krzyczeć, i czuje się beznadziejnie że nie jest w stanie rozmawiać z innymi ludźmi? Jeżeli tak naprawdę nie ma ochoty gadać z obcymi, to czemu ma tak ciężkie wyrzuty sumienia jak po raz setny do nikogo nie zagada?

Możliwe że powodem jest chęć poznania kogoś, bo ta osoba odczuwa na przykład silny smutek spowodowany samotnością. Wtedy wyrzuty sumienia są spowodowane poczuciem bezsilności i myślami że nie jest się w stanie prowadzić normalnego życia. Pojawia się poczucie że skoro nie jest się zdolnym inicjować kontakty społeczne to nigdy się nikogo nie pozna i czeka tę osobę reszta długiego życia w izolacji.

Do tego dochodzi stres. Jeżeli komuś bardzo zależy, to cały czas czuje wewnętrzną presje - i za każdym razem gdy nie jest w stanie jej sprostać pojawia się demotywacja. Ciągłe napięcie związane z wewnętrznymi próbami przełamania się i zrobienia chociaż najdrobniejszej interakcji wymęcza człowieka, a gdy nie ma już sił to tym bardziej trudno mu jest cokolwiek zrobić. Pragnie się poddać.


Czy ta osoba powinna się faktycznie poddać, a jeżeli nie to skąd czerpać siłę? Co Wy myślicie o takiej sytuacji?
Odpowiedz
#2
Wszystko zależy od tego co czujesz w tym momencie kiedy chcesz, a nie możesz. Pytanie wydaje się banalne, ale zagłębiając się robi się nieprzyjemnie. Wydaje mi się że wszyscy tak mają, a może nie... Otóż trzeba się zmierzyć z tym czymś, z tym bałaganem myśli które kotłują się w tym momencie w głowie, do tego stopnia, że tak jak opisujesz ma się dość. Można próbować to przełamać, ale porównać to możesz mniej więcej jakbyś chciał rowerem pociągnąć przyczepę samochodową, przyczepa w końcu ruszy, ale żyłki mogą ci pęknąć. Ja tak się przełamywałem, ale kosztowało mnie to wiele stresu w każdej sytuacji. Jedyna słuszna droga to dotrzeć do tych kłębiących myśli, które nas w każdej takiej sytuacji hamują. Trzeba je przeanalizować i wyrzucić z siebie. Ale z kim? Jak przecież nie jesteśmy w stanie do nikogo z tym się odezwać, ba, czasem sami nie wiemy co się z nami dzieje. Z czasem może trafić się bratnia dusza, której możemy zdradzić swoje mroczne sekrety, ale co z tego, jak ten, czy ta nie wie jak nam pomóc. I w tej sytuacji pozostaje męczyć się tak jak opisałem wyżej, albo wybrać się na terapię.

Wysłane z mojego SM-J530F przy użyciu Tapatalka
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości