Samotność pojęcie względne?
#1
Osobiście dość często jej doświadczam. Często pojawia się w moim otoczeniu, a także w odczuwanych emocjach. I to na różnych poziomach codziennego życia. Widzę ją wśród znajomych, bliższych bądź dalszych, w rodzinie, w swoim życiu. Można być osoba otwartą, mieć wielu znajomych, dobrych przyjaciół, dużą rodzinę, a w głębi siebie odczuwać samotność. Głęboko w sobie schowaną i trudną dla innych do wykrycia pod luźnym podejściem do życia, uśmiechem i dobrym słowem. Czasem łatwiej jest zapomnieć o sobie i skupić się na pomocy innym, gdyż w ten sposób zapomina się o swoich problemach czy licznych przeżyciach.
Samotność przychodzi w najmniej odpowiednim momencie. Dociera,  obezwładnia i kiełkuje wewnątrz. Czasem jest trudno z nią walczyć, czasem po prostu łatwiej się jej poddać. Wywiesić białą flagę i pogodzić się z losem jaki nam podaje życie. Uczucie samotności nie selekcjonuje nas, ludzi. Bycie nieśmiałym, a nawet osobą śmiałą nie ma znaczenia. Można być dusza towarzystwa a i tak to odczucie w którymś momencie życia może się pojawić, uderzyć w nas. A za samotnością pojawią się kolejne uczucia - smutek, niechęć do życia, żal, ból, odretwienie i wiele innych. Samotność może doprowadzić do depresji, załamania nerwowego bądź psychicznego. Jeśli nie mamy wystarczającej woli walki i chęci życia może się to dla nas skończyć tragicznie. Wszystko zależy od tego jak bardzo jesteśmy wrażliwi i podatni na odczuwane emocje. I czy będziemy potrafili sobie z tym poradzić sami, a może skorzystamy z porady specjalisty. Czy będziemy odczuwali z tego powodu wstyd, a może lęk? 
Uważam że powinno się walczyć z uczuciem samotności tej fizycznej jak i tej emocjonalnej. Próbować z nią wygrać, a gdy nie będziemy sami potrafili tego zrobić i emocje zaczną nas przytłaczać - że sięgniemy po pomoc specjalisty, bo wcale nie ma w tym nic złego czy wstydliwego. Ważne jest to abyśmy poczuli się lepiej. Abyśmy z tego wyszli i cieszyli się każdym nadchodzącym dniem. 
A wy jak sądzicie? Samotność może przeszkadzać nam w cieszeniu się życiem i czerpanie z niego tego co najlepsze? Otacza was czasem samotność?  Huh
Odpowiedz
#2
Często jest tak że nie mówimy nikomu o swojej samotności dlatego że boimy się reakcji innych. Taka sytuacja była też przerabiana w mojej bliższej rodzinie. Można też być duszą towarzystwa, a wewnętrznie krzyczeć. Najgorsze w samotności jest to że chociaż ma się przyjaciół to koniec końców ostatecznie trzeba się z nią zmierzyć samemu. Długotrwała samotność często prowadzi do depresji. Jeżeli pojawi się depresja i ktoś nie daje wyraźnych sygnałów że coś jest nie tak, jest to tzw. depresja ukryta. Najbardziej niebezpieczna ze wszystkich, bo jeżeli wiemy że bliska osoba ją ma to spróbujemy pomóc np. przekonując do wizyty u specjalisty. Natomiast w tym przypadku zewnętrznie chcemy pokazać światu że nic się nie zmieniło, że nadal można nas uważać za tak samo otwartą, spontaniczną osobę co wcześniej. Jest to na ogół motywowane strachem przed oceną i odsunięciem od grupy. Do tego dochodzi jeszcze kwestia ról społecznych która mówi że facet musi sobie z tym poradzić sam. W efekcie zdecydowana większość samobójstw dotyczy mężczyzn chociaż więcej kobiet choruje na depresję.

Zgadzam się że samotność przychodzi niespodziewanie. Dosłownie z dnia na dzień. Coś kiełkuje ale nie wiadomo początkowo co to jest. Może po prostu gorszy dzień, potem tłumaczymy sobie że to gorszy okres, aż wreszcie uderza z pełną siłą bo biegnąc przez życie nawet jej nie zauważyliśmy. Aby uciec od uczucia samotności uciekamy w wiele rzeczy które praca, używki, niebezpieczne zachowania. Sądzimy że odcinając się od niej po prostu zniknie ale często po jakimś czasie wraca kiedy uświadamiamy sobie że przed nią uciekamy. Ja przechodziłem przez to wszystko. Od pierwszych niewidocznych oznak, ucieczkę od problemu, po ukrytą depresję i z powrotem.
Odpowiedz
#3
Wydaje mi się że problem właśnie tkwi w tym udawaniu, że niby wszystko jest ok. Nie wiem w jaki sposób jest to wyczuwalne, ale jest. Chodzi chyba o taki niezdrowy sposób bycia, bo wydaje mi się że każdy bez względu na iq, doświadczenie i rozgarnięcie potrafi to wyczuć, kiedy właśnie ktoś udaje, że niby wszystko jest ok.
Mam taką właśnie koleżankę, zawsze wszystko jest ok, zawsze uśmiech na twarzy, ale znam ją lepiej i kiedy odkryje się,że tak naprawdę nic nie jest ok, to jest mega przykre, współczuje jej bardzo, ale nie potrafi się otworzyć, co jej doskwiera w życiu, a mam wrażenie że wszystko. I właśnie to udawanie chyba w jakiś sposób odrzuca potencjalnych przyjaciół czy znajomych.
Mam kumpla, znamy się prawie od dziecka, z kontatkem bywało różnie, ale chyba nigdy ani ja ani on nie udawał jak czasem było ch..owo, ani ja ani on nie wiedziałem co w danej chwili się z nim czy ze mną dzieje, ale może dzięki temu nasza przyjaźń przetrwała tyle lat, nigdy mnie nie zawiódł i to dla mnie jest najważniejsze. I może to jest recepta na prawdziwego przyjaciela, albo w ogóle na otwarcie się na ludzi. Ja jak jestem zły czy smutny, nie potrafię tego stłumić, wszyscy to widzą, ale nie wstydzę się tego.

Wysłane z mojego SM-J530F przy użyciu Tapatalka
Odpowiedz
#4
(06-07-2020, 22:05 PM)vlad1431 napisał(a): Wydaje mi się że problem właśnie tkwi w tym udawaniu, że niby wszystko jest ok. Nie wiem w jaki sposób jest to wyczuwalne, ale jest. Chodzi chyba o taki niezdrowy sposób bycia, bo wydaje mi się że każdy bez względu na iq, doświadczenie i rozgarnięcie potrafi to wyczuć, kiedy właśnie ktoś udaje, że niby wszystko jest ok.
Mam taką właśnie koleżankę, zawsze wszystko jest ok, zawsze uśmiech na twarzy, ale znam ją lepiej i kiedy odkryje się,że tak naprawdę nic nie jest ok, to jest mega przykre, współczuje jej bardzo, ale nie potrafi się otworzyć, co jej doskwiera w życiu, a mam wrażenie że wszystko. I właśnie to udawanie chyba w jakiś sposób odrzuca potencjalnych przyjaciół czy znajomych.
Mam kumpla, znamy się prawie od dziecka, z kontatkem bywało różnie, ale chyba nigdy ani ja ani on nie udawał jak czasem było ch..owo, ani ja ani on nie wiedziałem co w danej chwili się z nim czy ze mną dzieje, ale może dzięki temu nasza przyjaźń przetrwała tyle lat, nigdy mnie nie zawiódł i to dla mnie jest najważniejsze. I może to jest recepta na prawdziwego przyjaciela, albo w ogóle na otwarcie się na ludzi. Ja jak jestem zły czy smutny, nie potrafię tego stłumić, wszyscy to widzą, ale nie wstydzę się tego.

Wysłane z mojego SM-J530F przy użyciu Tapatalka
Vlad, mam to samo. Czyta się ze mnie jak z otwartej książki. Czasem nawet najbliżsi nie potrafią nas "odkryć", naszych prawdziwych uczuc i odczuć. Wszystko też zależy od tego jakie relacje są z innymi ludźmi i - nie ukrywam - jakimi ludźmi są te osoby bo mogą widzieć nasz stan a nic ich to nie obejdzie np....
Odpowiedz
#5
Bardziej to drugie. Bo wiem o tym że mało jest ludzi przed którymi warto się otworzyć, raczej z doświadczenia wiem że w ogóle nie warto. Tylko chodzi mi o samo udawanie że niby wszystko jest ok, bo tak to zrozumiałem na początku Twojego posta. Że można udawać że wszystko jest ok, pomagać innym ludziom, bo często ostatnio widzę jakieś ruchy charytatywne, czy modne się zrobiło uczestnictwo w tego typu przedsięwzięciach czy instytucjach, bo mam wrażenie że ludzie myślą że to im pomoże, że w ten sposób odnajdą siebie, ale to tak nie działa, tej pustki czasem najbliższa osoba nie zapełni. Wydaje mi się że nikt nie jest w stanie tego zrobić, że trzeba samemu ze sobą poczuć się dobrze. A przeszkadza nam w tym to wszystko co każdy z nas tu opisuje, to co nam leży na sercu i przeszkadza w życiu.
Pamiętam że miałem często takie coś, że odcinałem się od ludzi, tak bez powodu, przynajmniej kilka razy tak miałem w życiu, że uczestniczyłem we wszystkim w czym się dało, ale potem przychodził jakiś taki dziwny czas, że się odcinałem. Dlaczego, nie wiem do dziś. Ale od niedawna nie mam już tak, kiedy potrzebuje kontaktu z kimś to zazwyczaj go mam. Kiedy nie potrzebuje, odpalam kompa albo wsiadam na rower.

Wiem jakie to uczucie, bo nie dawno tak miałem, że czułem się gorszy, że ktoś nie chce ze mna mieć nic wspólnego, że po co i do czego mam być komuś potrzebny. Właśnie pamiętam jak lata temu kumple chcieli mnie wyciągnąć z domu, stali pod oknem, ale w końcu poszli i już nie wrócili. I kiedy się nad tym teraz zastanawiam i wracają te wspomnienia, to drażni mnie tylko ta jedna rzecz, że tak naprawdę nic nie zrobiłem w tym kierunku żeby ktoś mnie polubił, nie powinno mnie to drażnić, ale pani terapeutka wyjaśniła mi to w ten sposób, że umysł to nie laboratorium, że nie mogę na niego wpłynąć. Ale mimo wszystko dopiero chyba od kilku raptem tygodni coś się zmieniło i tak jakbym przewartościował swoje życie, ale jak to się stało, tego jeszcze nie wiem. A z moim najlepszym kumplem jestem umówiony na tenisa ziemnego, bo z tym do niedawna też miałem problem, żeby kogoś chętnego znaleźć.

Wysłane z mojego SM-J530F przy użyciu Tapatalka
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości