Witaj, jeśli widzisz tą wiadomość to znak, że nie jesteś zalogowany na forum. Szybko utwórz konto klikając tutaj lub po prostu zaloguj się jeśli posiadasz już u nas konto.

Strona Niesmiali.net.pl wykorzystuje pliki cookies. Pozostając na stronie wyrażasz zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej na ten temat w polityce prywatności.
Usuń tę notatkę
Zapraszamy do wspólnej gry w mafię kliknij Oczko



Jak zostać pisarzem. Michał Rusinek.
#1
Ilość porad internetowych oraz drukowanych poradników dotyczących tego, jak zostać pisarzem, wskazuje na ogromne zainteresowanie tym zawodem. To dość zdumiewające w kraju, w którym tak niewiele osób czyta, a więc i - siłą rzeczy - niewielu kupuje książki.

Michał Rusinek: Jak zostać pisarzem i odnieść sukces. Garść światłych.

[Obrazek: z23264657V,Jak-zostac-pisarzem-i-odniesc...swiatl.jpg]
1 ZDJĘCIE
[/align]

lość porad internetowych oraz drukowanych poradników dotyczących tego, jak zostać pisarzem, wskazuje na ogromne zainteresowanie tym zawodem. To dość zdumiewające w kraju, w którym tak niewiele osób czyta.

Być może odpowiedzialność za to zainteresowanie ciąży na mediach, które od czasu do czasu publikują rankingi najlepiej zarabiających pisarzy na świecie, podają milionowe nakłady ich książek oraz przychody z ekranizacji, czy też pokazują zdjęcia pałaców, w których autorzy ci mieszkają.

Media lubią liczby. Kiedy Wisławie Szymborskiej przyznano literacką nagrodę Nobla, jakiś dziennikarz napisał, że opublikowała ona około 200 wierszy i otrzyma za nie około miliona dolarów. Niejeden jej rodak obliczył więc, że daje to sumę około 5 tysięcy dolarów za wiersz, a taki wiersz to przecież krótka forma, na oko dość łatwa. Bardziej dociekliwi przekonali się, jak kiepski interes zrobił na Noblu Czesław Miłosz: po pierwsze – napisał o wiele więcej wierszy; po drugie – w latach 80. Fundacja Noblowska jakoś źle inwestowała kapitał swojego założyciela, bo nagroda była o wiele niższa.

Kiedy jednak przyjrzymy się temu, jak niewielu piszących odnosi sukces, a jak wielu ledwie wiąże koniec z końcem, sensowność wybierania tej akurat drogi zawodowej wydaje się umiarkowana. Tyle że tego typu rachunek prawdopodobieństwa jest o wiele mniej medialny od wspomnianych rankingów.

Może też być tak, że Polak nie myśli matematycznie i racjonalnie (notabene, wiele na to wskazuje). Działa na niego magia i prestiż zawodu. Ma w pamięci Wernyhorę i programy telewizyjne, w których pisarze wypowiadają się na każdy temat. Też by tak chciał. I mógł. Tylko jak to zrobić? Sięgnąć do światłych porad, oczywiście!

Właściwie można by było poprzestać na poradach wspomnianych noblistów: Miłosz twierdził, że pisać należy rzadko i niechętnie. Szymborska – że najważniejszym sprzętem w domu pisarza powinien być kosz na śmieci. Dodać by do nich można było zdanie Somerseta Maughama, że przy pisaniu obowiązują trzy zasady: niestety, nikt nie wie jakie.

Na fundamencie tych porad trudno jednak zbudować jakikolwiek poradnik, bo podważają one w ogóle sensowność poradników. Co robi ludzkość, jeśli zdanie wypowiedziane przez autorytet w jakiejś dziedzinie nie pasuje jej do obrazka? To proste: traktuje owo zdanie niedosłownie. Mówi, że to taka metafora, alegoria albo po prostu anegdota. Ha, ha, ha. I pisze kolejny poradnik, jak zostać pisarzem.

Dlaczego James Bond nie ginie?

Nie bardzo wiadomo, po co ludzie piszą. Zygmunt Freud był zdania, że źródłem pisania jest fantazjowanie, czyli taka czynność naszego aparatu psychicznego, która pozwala nam przeżyć coś, co bardzo byśmy chcieli przeżyć. I dzięki temu pozwala pokonać obawę, że przeżyć się nam tego nie uda. W opublikowanym w 1909 roku eseju „Pisarz a fantazjowanie” Freud daje przykład młodego człowieka, który idąc na tak zwaną rozmowę kwalifikacyjną, fantazjuje o tym, że nie tylko tę pracę dostaje, ale po kilku latach zostaje wspólnikiem swojego pracodawcy, a nawet zięciem. Ta fantazja ma swojego bohatera: jest nim projekcja ego fantazjującego. Fantazjujemy wszyscy – powiada Freud – ale tylko dzieci i pisarze przyznają się do fantazjowania. Ci ostatni przerabiają swoje fantazje na fabuły opowiadań czy powieści, których bohaterami są często owe projekcje.

Gdyby Freud czytał opowiadania (lub oglądał filmy) o Jamesie Bondzie, to miałby świetny materiał egzemplifikacyjny. Ich autor, Ian Fleming, pracował wprawdzie w wywiadzie w czasie wojny, ale dość krótko i bez większych sukcesów. Po wojnie usiłował być dziennikarzem i brokerem giełdowym, co go raczej nudziło, fantazjował więc o byciu kimś innym. I z tych fantazji zrodziły się przygody dzielnego agenta, który był nie tylko projekcją ego autora, ale i czytelników czy widzów. My, czytelnicy, przeżywamy sztukę wówczas, gdy rozpoznaliśmy siebie w bohaterze i razem z nim przeżywamy perypetie. O tym mechanizmie pisał już Arystoteles.



Bohaterowie fantazji zawsze odnoszą sukcesy i nigdy nie umierają. Stworzone na ich podstawie postaci literackie też są nieśmiertelne. Dlaczego James Bond nie ginie, choć już dawno powinien przy tak wyczerpującym trybie życia? Nie tylko dlatego, że kolejny film z serii o nim przynosi spore dochody, ale także z powodów psychologicznych: postać, z którą się widz utożsamia, nie może umrzeć, bo wówczas – mamy nadzieję, że Freud wybaczyłby nam to uproszczenie – dzieje się jakaś krzywda naszemu aparatowi psychicznemu.

Bohaterką powieści Stephena Kinga „Misery” jest taka właśnie skrzywdzona czytelniczka serii popularnych książek. Kiedy się orientuje, że autor tej serii postanowił uśmiercić bohaterkę, z którą się utożsamiała, postanawia zmusić go do jej wskrzeszenia i napisania kolejnej powieści z jej udziałem. Zmusza w sposób dość drastyczny, a cała powieść wydaje się oparta nie tyle na fantazjach, ile na strachu autora przed czytelnikiem. Strachu, który jednakowoż nie udziela się tym, którzy chcą pisać. Strachu, o którym nie piszą żadne poradniki pisania.

Przeklęta pierwsza linijka

A poradników pisania można znaleźć mnóstwo. Wiele z nich pomija kwestię, skąd przyszedł nam do głowy absurdalny pomysł, żeby zostać pisarzem. A właściwie traktuje ją jako oczywistą. Naszym zdaniem niesłusznie.

Bardzo lubimy powieść Przeklęta pierwsza linijka Jeana-Marie Laclavetine’a, której bohater – redaktor prestiżowego wydawnictwa – postanawia założyć klub anonimowych grafomanów, by pomóc im wydostać się ze szponów nałogu. Każdy z nich zaczyna opowiadać swoją historię tak, jak alkoholicy: „Na imię mi Blanche, mam problemy z moim pisaniem”. Blanche pewnego ranka obudziła się wcześniej niż zazwyczaj, „odczuwając przypływ dziwnego, niewytłumaczalnego napięcia”. „Niemal nieświadomie, odruchowo […] wzięła do ręki notatnik”. Potem zaczęła zaniedbywać pracę i rodzinę, cały czas myśląc tylko o swoim pisaniu, któremu oddawała się bez reszty. Sprawa oczywiście kończy się ponuro. Powieść Laclavetine’a mogłaby stanowić przestrogę dla chcących zacząć pisać, ale odnosimy wrażenie, że lobby autorów poradników pisania nie dopuściło do jej zbytniej popularności.



Autorzy ci bowiem lekkomyślnie mnożą porady, od czego zacząć:

„Kup notatnik. Zapisuj w nim pomysły, zarówno te, które ci się podobają, jak i te, które odrzucasz. Dodatkowe pojawią się zapewne wówczas, gdy będziesz zapisywał. Później możesz je przesiać, posegregować i przemyśleć na nowo, pamiętaj jednak, że pomysły niezapisane lubią uciekać”.

Szczerze mówiąc, porada to ryzykowna. Dla naszego pokolenia ktoś, kto na przykład w czasie kolacji u znajomych notuje coś pod stołem, jednoznacznie kojarzy się z ubekiem, kapusiem lub szpiegiem. Dodajmy, że dość nieporadnym. W zależności od towarzystwa oraz ilości spożytego przez nie alkoholu, takie skojarzenia mogą się dla notującego różnie skończyć, od dyskretnego zwrócenia uwagi, po pobicie ze szczególnym okrucieństwem.

„U pisarzy najczęściej, w momencie narodzin pomysłu, następuje przestawienie jakiegoś dzyndzla w głowie. Ten dzyndzel zazwyczaj wydaje z siebie krótkie pip, a pisarz musi się zatrzymać z wrażenia. No więc się zatrzymuje”.

Pomijając oryginalną interpunkcję, porada ta zawiera oryginalną koncepcję dzyndzla. Radzimy go sobie nie wizualizować i nie psychoanalizować, a także nie zatrzymywać się w szczególnie ruchliwych miejscach miast, bo to się także może źle skończyć.

Najważniejsza wiara w siebie (I)

Ale wracając do interpunkcji:

„Wydają się niewidzialne. Niektórzy najchętniej by się ich pozbyli. A jednak… wpływają na to, w jakim tempie czytamy, kiedy wstrzymamy oddech, co uznamy za istotne, a co pominiemy. Są mistrzami drugiego planu. Odpowiadają za efekty specjalne. Poznaj sekretne życie znaków interpunkcyjnych”.

Tej poradzie przyklaskujemy z całą mocą i nawet nie przeszkadza nam modny ostatnio chwyt marketingowy, by opowiadać o „sekretnym życiu” czegokolwiek. Jeszcze nie tak dawno wszystko musiało mieć swoją „intymną historię”, więc z dwojga złego wybieramy sekrety. Jako przestrogę zacytujmy zdanie „Jedzcie, dzieci”. Niewinny gest usunięcia z niego przecinka może być brzemienny w skutki.

„Chcesz pisać, chcesz się z tego utrzymywać? To pisz. Idź do łazienki i wykrzycz w lustro: JESTEM PISARZEM!!! Oprócz zainteresowania sąsiadów otrzymasz zwiększoną wiarę we własne siły (oczywiście tymczasowo.) Jeśli sam nie uwierzysz w to, że możesz żyć z przelewania swoich myśli na papier, to nie uwierzy też nikt inny […]. Musisz mieć niezachwianą wiarę we własne siły. Jeśli nie masz, to zdobądź. Na ten temat jest bardzo dużo poradników w internecie”.

Wynika z tego, że najważniejszym pomieszczeniem w domu pisarza jest łazienka, a najważniejszą cechą – wiara w siebie. Ważną rolę odgrywają tu także sąsiedzi, których szybka reakcja – np. zawiadomienie stosownych służb porządkowych lub medycznych – może skłonić potencjalnego pisarza do zmiany ambicji zawodowych. Nas jednak najbardziej ujęły dwa ostatnie zdania, bo przypomniały nam scenę z filmu „Zelig” Woody’ego Allena, w której bohater idzie do rabina, by spytać o sens życia. „Rabin zdradził mi sens życia – mówi ów bohater – tyle że po hebrajsku. Ja nie znam hebrajskiego, ale on stwierdził, że to żaden problem, bo może mi udzielić korepetycji za jedyne 2 tysiące dolarów tygodniowo”.

Nigdy nie przeczytasz wszystkiego!

Gdzieniegdzie pojawiają się też porady sensowne, na przykład sugestia, by pisarz nie tylko pisał, ale i czytał:

„Pisarz, który nie czyta, jest jak kapitan, który nigdy nie stał na statku […]. Nie wierzę, żeby chodził po świecie autor, który nigdy nie przeczytał żadnej książki. Biorąc do ręki utwory innych, podświadomie kodujesz dużo informacji na temat stylu, prowadzenia fabuły i rodzajów narracji. Poza tym dowiadujesz się, co było, a co jeszcze nie (byłoby trochę głupio, gdybyś napisał książkę opartą na tym samym pomyśle co Hrabia Monte Christo)”.

My też mamy nadzieję, że nie chodzi po świecie autor, który nie przeczytał żadnej książki, a przynajmniej mamy nadzieję, że nie będziemy musieli czytać jego książek. Autor porady natomiast wiele sobie obiecuje po podświadomości, chyba nieco zbyt pochopnie; delikatnie sugerowalibyśmy głębsze studia nad fabułą czy narracją. Wspaniały jest natomiast argument ostatni: pisarz czyta po to, by zmniejszyć ryzyko plagiatu we własnym pisarstwie: istotnie głupio by było napisać Liryki lozańskie, Kwiaty polskie lub Zbrodnię i karę, a potem się dowiedzieć, że ktoś to już napisał przed nami. Ale przy okazji to kolejny dowód na dezynwolturę w podejściu do rachunku prawdopodobieństwa. Nigdy nie uda nam się przeczytać wszystkiego, skazani jesteśmy przecież zawsze na jakiś wybór. Jak go dokonać? Na to także znajdzie się rada: pisarz powinien zdać się na ślepy los.

„Sięgając po dzieło zgodne z twoim gustem, zwiększasz szansę, że natkniesz się w nim na coś, co już czytałeś dziesiątki razy. Jeśli natomiast kolejna czytana przez ciebie książka będzie wybrana losowo, zyskujesz dużą szansę na poszerzenie horyzontów”.

Musimy przyznać, że w tym szaleństwie jest jakaś metoda. Uważajmy jednak, bo ślepy los może rzucić nam w ręce życiorysy pisarzy. I co się wówczas okaże?

Końca świata nie przeżyjesz...

„Cóż, bardzo rzadko są one monotonne i spokojne. Z reguły wielcy autorzy podróżowali, brali udział w wojnach, przeżywali romanse, cierpieli biedę. Ich biografie samoczynnie tworzą niezłą książkę. Jeśli Twoje życie składa się z drogi do pracy w biurze i z powrotem oraz wieczorów z kakao w ręku, to masz marną szansę na to, że znajdziesz inspirację do napisania czegoś naprawdę interesującego”.

No właśnie. Biuro i kakao – wykluczone. Wyłącznie napoje wyskokowe i zajęcia wysokiego ryzyka, jak surwiwalowe podróże, bujne życie erotyczne oraz awanturnicze. Zauważmy, że z tego wszystkiego najłatwiejsze do osiągnięcia i zarazem najbardziej prawdopodobne jest cierpienie biedy. No ale dobre i to.

Gdzieś w czeluściach internetu znaleźliśmy rozterki początkującego pisarza fantasy, który żali się, że ciągnie go w stronę opowieści o końcu świata. Wie, że jako wiarygodny pisarz powinien pisać o tym, co sam przeżył. Tymczasem:

„Końca świata nie przeżyjesz. Nie ma jak”.

Ale nie poddawajmy się. Wisława Szymborska znalazła nawet kiedyś w gazetowym programie telewizyjnym następujący punkt: „Koniec świata. Reportaż”. Można? Można.

Czego unikamy?

W latach 20. XX wieku Ronald Knox, brytyjski teolog i autor powieści kryminalnych, sporządził dekalog pisarza uprawiającego ten gatunek. Przyjrzyjmy się wybranym punktom:

„Dopuszczalny jest najwyżej jeden sekretny pokój lub sekretne przejście”.

To nieco ogranicza topografię powieści, ale rozumiemy, że już dwa sekretne pokoje czy przejścia byłyby dowodem na to, że pisarz poszedł na łatwiznę. A takich pisarzy się nie ceni.

„W powieści nie może występować żaden Chińczyk”.

To jest natomiast jawna dyskryminacja i wyraz uprzedzeń autora dekalogu. Punkt ten może być szczególnie uciążliwy dla chińskich pisarzy kryminałów.

„Bliźniaki nie powinny się w ogóle pojawiać, chyba że jesteśmy na nie należycie przygotowani”.

Ten postulat wydaje się słuszny nie tylko w obrębie literatury kryminalnej, ale także – a może nawet przede wszystkim – rodzimej polityki.

Wróćmy jednak do literatury. Wiele miejsca poświęcają autorzy poradników pierwszym zdaniom powieści czy opowiadań, być może pod wpływem Jerzego Pilcha, który przyznał kiedyś, że stosuje regułę pierwszego zdania: dobrze napisane pierwsze zdanie dobrze wróży całej powieści. Jakie ono powinno być? Poradniki są tu zgodne: „interesujące”, „zawierające element tajemnicy”, „intrygujące”, „ciekawe”, „powinno trafiać w sedno” i „dawać wyobrażenie o tematyce i tonacji całej książki”. A jeśli przy okazji będzie to zdanie piękne? „Tym lepiej”, pociesza autorka poradnika pisania kryminałów.

„Martwy dzień”, gin i Vivaldi

O wiele ciekawiej wyglądają natomiast fragmenty poradników dotyczące tak zwanych martwych dni, czyli dni, kiedy nam się nie chce pisać. Ponieważ sami dobrze takie dni znamy, rzuciliśmy się do czytania porad.

„Udajemy, że wszystko jest w porządku. I rzeczywiście – często zaczyna być w porządku”.

Powstrzymajmy się od komentarza tej frazy i czytajmy kolejne:

„Jeśli nic się nie zmienia – udajemy dalej”.

I kolejne:

„Gdy trafi ci się »martwy dzień«, przeczytaj ten rozdział [poradnika]. A gdy poczujesz się naprawdę podle – przeczytaj go dwa razy”.

Ponieważ przeczytaliśmy wspomniany rozdział nawet trzy razy i mamy wrażenie, że zaraz wyrzucimy cały poradnik przez okno, więc szybko przechodzimy do rozdziału zatytułowanego Sztuczki i chwyty. Tytuł brzmi zachęcająco, ale zawartość już dość rozpaczliwie, znajdują się tam bowiem sposoby na oszukiwanie samego siebie i swojej tendencji do prokrastynacji. Właściwie warty odnotowania jest tylko jeden sposób, zaprezentowany w formie anegdoty z życia autorki wziętej:

„Gdy przyniosłam do wydawnictwa swoją trzecią powieść, zapytano mnie, jak zdołałam napisać ją tak szybko, ja zaś odparłam zgodnie z prawdą, że z pomocą ginu i Vivaldiego. Gin był nagrodą pod koniec długiego dnia i w kółko słuchałam »Czterech pór roku«… Przy mojej drugiej książce był to koncert skrzypcowy Beethovena. Sztukę napisałam przy akompaniamencie »The Lark Arising” Vaughana Williamsa. Starannie dobieraj sobie muzykę. Utwory wokalne nie są, moim zdaniem, najlepszą inspiracją”.

Naszym zdaniem o wiele za mało autorka pisze o ginie, a za dużo o muzyce. Bo my mamy pytanie, czy to musi być gin. Oczywiście nurtuje nas także kwestia, po ilu powieściach pojawią się pierwsze symptomy marskości wątroby, ale tu mamy zbyt mało danych, np. dotyczących ilości ginu przyjmowanego codziennie w formie nagrody. Z drugą częścią porady zgadzamy się całkowicie. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że słuchając piosenek Ewy Demarczyk, napiszemy przypadkowo wspomniane już Kwiaty polskie. A potem się okaże, że ktoś to już wcześniej napisał.

I jeszcze kolorowanki

Wyobraźmy teraz sobie, że nic nie działa. Ani notatnik, ani dzyndzel, ani łazienka, ani czytanie, ani komplikowanie sobie życiorysu, ani pozbycie się Chińczyków i bliźniaków, ani Vivaldi czy Beethoven, ani nawet gin. Czy wówczas nie mamy szans, by zostać pisarzem i utrzymywać się z tego zawodu? Otóż nie. Istnieje jeszcze inna droga: możemy napisać poradnik, jak pisać. Okazuje się, że w internecie można znaleźć poradnik, jak pisać takie poradniki. Pewnie zresztą nie jeden. Być może istnieje także poradnik pisania poradników, jak pisać poradniki. I tak dalej. W tym, który znaleźliśmy, najbardziej spodobała nam się rada, by po każdym rozdziale „zostawić kilka stron na notatki, rysunki i kolorowanki”.

Tak. Zwłaszcza kolorowanki.
[/size]
Odpowiedz
  


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości